Żeby zrozumieć genezę działalności giełd kryptowalut w Polsce, trzeba się cofnąć o 10 lat. W 2016 r. zaczynają powstawać pierwsze krajowe giełdy kryptowalut, a nazwa bitcoin niewielu osobom cokolwiek mówi. Założycielami są zazwyczaj pasjonaci, którzy dają wiarę opowieści o cyfrowej walucie przyszłości. Ludzie podzielający to przekonanie stają się pierwszymi klientami kupując cyfrowe kryptowaluty. Zjawisko jest na tyle niszowe, że tak naprawdę mało kogo obchodzi i jest nie tyle trendem, co ciekawostką na rynku finansowym.

Kryptowaluty. Kiedy pojawiły się w Polsce pierwsze giełdy?

Sytuacja zaczyna się zmieniać w 2017 r., gdy bitcoin przebija kolejne szczyty, a wraz z nimi nabiera fala inwestorów. Wraz ze wzrostem aktywności inwestorów, kwoty zaangażowanych środków rośnie skala działalności krajowych podmiotów infrastruktury giełd kryptowalut – giełd i kantorów. Wtedy też Komisja Nadzoru Finansowego podejmuje pierwsze działania.

Nieformalnie w KNF-ie istnieje przekonanie, że kryptowaluty to bańka spekulacyjna, która pęknie, doprowadzając inwestorów do wielkich strat.

Po pierwsze informuje, że kryptowaluty nie są środkami płatniczymi, charakteryzują się dużą zmiennością, a kupno tych aktywów wiąże się z ryzykiem utraty środków. Nieformalnie w KNF-ie istnieje przekonanie, że kryptowaluty to bańka spekulacyjna, która pęknie, doprowadzając inwestorów do wielkich strat. Z punktu widzenia nadzorcy takie zjawiska to ogromne ryzyko reputacyjne. W przypadku poniesienia wielkich strat przez dużą grupę obywateli pretensje zasadne lub nie, popłyną w kierunku nadzoru. Liberalna polityka nadzorcy generowałaby ryzyko reputacyjne, nie dając w zamian żadnych korzyści.

Czytaj więcej

Jak znikał z Polski prezes Zondacrypto. Służby nie wiedzą, gdzie obecnie jest

Branża kryptowalut, dostrzegając wzrost znaczenia w systemie finansowym, lobbuje za uregulowaniem rynku. Z jednej strony są to działania mające na celu określenie minimalnego standardu, z drugiej próba zaproponowania reguł korzystnych dla branży. Lobbing skupia się na Ministerstwie Cyfryzacji – branża z jednej strony chce samoregulacji, ale z drugiej unika KNF jako nadzorcy. KNF w tamtym czasie faktycznie nie jest zainteresowany uregulowaniem rynku. Bardziej na cele marketingowe niż na rzeczywiste działania tworzy Program Innovation Hub, organizuje konferencje na temat innowacji, z których ostatecznie nic nie wyniknie.

Chcąc uniknąć pęknięcia bańki spekulacyjnej, o której KNF jest przekonany, działania zmierzają w kierunku wyeliminowania działalności podmiotów rynku kryptowalut w Polsce. KNF dochodzi do wniosku, że działalność giełd kryptowalut w zakresie, w jakim przechowują środki klientów w walutach fiducjarnych – np. w zł, wymaga zezwolenia na działalność instytucji płatniczej. Żadna giełda w Polsce takowego nie ma, więc trafiają kolejno na listy ostrzeżeń publicznych.

Kryptowaluty a polityka banków

Najpierw BitBay, później Bitmarket, później kolejne. KNF wysyła do banków i instytucji pieniądza elektronicznego listy, w których poucza, że lista ostrzeżeń publicznych ma charakter informacyjny, ale na banku ciąży obowiązek zweryfikowania ryzyka, jakie generuje taki klient. Nie można przy tym wykluczyć, że w przypadku świadczenia usług takiemu podmiotowi bank może popełnić przestępstwo z prawa bankowego.

Dla zarządów i wyższego kierownictwa sytuacja jest jasna – utrzymywanie relacji z podmiotami wpisanymi na listę ostrzeżeń oznacza ryzyko postępowań prokuratorskich. Z punktu widzenia zarządów banków jest to ryzyko nieakceptowalne. Banki wypowiadają umowy wszystkim podmiotom wpisanym na listę ostrzeżeń, a cała branża krypto staje się niepożądana.

Czytaj więcej

Sondaż dla „Rzeczpospolitej”: Polacy uważają, że klienci Zondacrypto są sami sobie winni

Z brakiem dostępu do tradycyjnego systemu bankowego działalność giełdy czy kantoru kryptowalut jest niemożliwa. Niektóre instytucje próbują spełnić oczekiwania KNF, lecz tam pada oficjalnie, choć niepublicznie informacja, że wszelka działalność podmiotów operujących kryptoaktywami nie daje rękojmi bezpiecznego i stabilnego prowadzenia działalności. Tłumacząc to na język powszechny: „Żaden podmiot z branży krypto nie dostanie zezwolenia na działalność instytucji płatniczej”.

Brak możliwości prowadzenia działalności połączony z faktycznym brakiem dostępu do tradycyjnej bankowości wygania giełdy założone w Polsce za granicę. Zamysł KNF jest wtenczas następujący: nawet jeśli bańka pęknie i ludzie stracą pieniądze, to nie będzie to nasz problem. O ryzyku informowaliśmy, działania eliminujące podmioty z rynku podjęliśmy, więc nie będzie podstaw formułowania pretensji do KNF w przypadku pęknięcia bańki i innych zdarzeń niepożądanych. Rozwiązanie to miało jednak skutek uboczny.

Kryptowaluty bez nadzoru polskiego regulatora

Wyrzucając podmioty rynku kryptowalut z Polski przy jednoczesnym rosnącym zainteresowaniu Polaków inwestycjami w tę kategorię aktywów, KNF i wszystkie inne organy państwa pozbyły się narzędzi nadzoru. Każdorazowo chcąc ustalić cokolwiek na temat działalności klienta danej giełdy, organy państwa musiały zwracać się o pomoc prawną do kraju, w którym giełda ma siedzibę. Przedłużało to zarówno czas, jak i efektywność wszystkich postępowań, w których w rozmaitym charakterze występowały giełdy kryptowalut i ich klienci.

Brak nadzoru oznacza zarówno brak dostępu do informacji, jak i brak wpływu na prowadzenie działalności. Dzisiaj po upadku Zondacrypto – niepolskiej giełdy o polskich korzeniach i obsługującej bliżej nieustalone tysiące Polaków, okazuje się, że państwo nie ma narzędzi do działania, a i dostęp do informacji mocno ograniczony. Gdyby grupa pokrzywdzonych była niewielka, to można by się tym za bardzo nie przejmować – skoro korzystali z usług zagranicznych podmiotów, to pretensje do polskich organów są przynajmniej na wyrost. Takiej narracji przeszkadza jednak jej potencjalny koszt polityczny realizowany przez zbyt dużą rzeszę pokrzywdzonych.

Czytaj więcej

Ewa Szadkowska: Nie potrafię współczuć „ofiarom” Zondacrypto

W końcu budowanie narracji, jakoby przyjęcie ustawy o kryptoaktywach miało cokolwiek zmienić, ma charakter jedynie polityczny. Gdyby nawet ustawa weszła w życie za pierwszym razem, to KNF nie objąłby nadzorem operatora Zondacrypto. A gdyby nawet Zondacrypto miała siedzibę w Polsce, to przyjęcie ustawy w styczniu nie spowodowałoby, że w lutym wszystko byłoby jasne. Obejmowanie nadzorem jest procesem wymagającym czasu. Wprowadzane dziś regulacje przyniosą widoczne efekty za miesiące, jeśli nie za lata. Zupełnie jak polityka KNF, która odniosła pyrrusowe zwycięstwo – pozbyła się problemu wizerunkowego, ale wyhodowała sobie problem systemowy, nad którym nie ma kontroli.

Autor jest adwokatem, partnerem zarządzającym w kancelarii Legality