Urlop na żądanie jest jedną z tych instytucji prawa pracy, która budzi najwięcej kontrowersji i wątpliwości. Wystarczy lektura kilku orzeczeń Sądu Najwyższego, by dostrzec w nich sprzeczne poglądy na temat różnych aspektów tego wolnego, nie mówiąc już o bogatej literaturze na ten temat (mimo że instytucja ta została wprowadzona zaledwie dziesięć lat temu), w której jeszcze trudniej niż w judykaturze znaleźć odpowiedzi na pojawiające się w praktyce problemy.
Niejasna kwestia
Pogląd, w myśl którego urlopu na żądanie, podobnie jak „regularnego" urlopu wypoczynkowego, udziela pracodawca, a nie pracownik sam sobie, można uznać za stosunkowo ugruntowany.
Jednak na pytanie, czy pracownik może bezpiecznie (bez ryzyka ponoszenia konsekwencji dyscyplinarnych) nie przyjść do pracy po zgłoszeniu wniosku w tej sprawie i przy braku wyraźnego i natychmiastowego sprzeciwu ze strony pracodawcy, można znaleźć – zarówno w piśmiennictwie, jak i orzecznictwie – całą gamę rozbieżnych odpowiedzi.
Ta sytuacja może wręcz niekiedy wywoływać wrażenie, że wprowadzenie urlopu na żądanie jako dodatkowego, w zamyśle ustawodawcy, uprawnienia pracowniczego, paradoksalnie bardziej zatrudnionym szkodzi niż ułatwia życie. Naraża ich bowiem na dotkliwe konsekwencje, ze zwolnieniem dyscyplinarnym włącznie. Pracodawcom za to daje niekiedy okazję do rozstania się z niechcianym pracownikiem.
Odmowa przełożonego
Jak się wydaje, przyczyną tych kontrowersji i wątpliwości dotyczących urlopu na żądanie, w tym zasad jego udzielania, jest lakoniczność regulacji ustawowej. Kodeks pracy stanowi bowiem jedynie, że pracodawca ma obowiązek udzielić na żądanie pracownika i w terminie przez niego wskazanym nie więcej niż cztery dni takiego urlopu w każdym roku kalendarzowym i że o udzielenie takiego wolnego należy wnioskować najpóźniej w dniu jego rozpoczęcia. Rozwiewa to jednak jedynie wątpliwości, że to pracodawca udziela urlopu na żądanie.