W cieniu sporów o sprawy ustrojowe pozostają niestety sprawy przyziemne i codzienne, a z nich w większości bierze się powszechna już frustracja i wołanie o reformy w sądach. W imię koniecznych reform dokonano wielu zmian ustrojowych (głównie w Trybunale Konstytucyjnym i Sądzie Najwyższym), jednak jest mało prawdopodobne, aby przełożyły się na poprawę sytuacji w sądach powszechnych. A tam właśnie statystyczny Kowalski trafia ze swoimi problemami i niestety ma na co narzekać.

Na co narzekają Polacy? Z reguły i zawsze, że sprawy trwają za długo, potem – że niewiele rozumieją z tego, co się w sądzie dzieje, a podsumowują, że drogo, bo zamiast opłaty obniżać, to ostatnio znowu je podniesiono. Są też czynione zarzuty sędziom, że z ich winy mamy złe przepisy i kulawą organizację. Takie opinie „ludowe" są mieszanką prawd, półprawd, a może całkowitego nieraz niezrozumienia istoty rzeczy. Ale również zdania fachowców – choć bardziej wyważone – czasami niewiele odbiegają od tych niefachowych opinii.

Skoro więc czynione są zarzuty sędziom, warto poczynić próbę podsumowania ich spostrzeżeń na powyższe sprawy – skoro nie jest im obojętne, jak pracują. Według zasady podziału władzy sędziowie mają przestrzegać ustanowionych dla nich przepisów i zasad, nie mając możliwości władczego decydowania, w jakich warunkach będą pracować. Warto się jednak zapoznać z powtarzającymi się w środowiskach sądowych poglądami, które mogą być pomocne w dyskusji, co sądom pracę utrudnia i spowalnia lub przeciwnie – ułatwia i przyspiesza. Zjawiska pierwszego rodzaju należy ograniczać i eliminować, a te drugie popierać i rozszerzać. Oczywiście poniżej proponowane zestawienie ma charakter pobieżny, oparty na spontanicznym postrzeganiu, a nie na zaawansowanych badaniach. Nie jest więc doskonałe, co chyba nie jest konieczne w tym miejscu i czasie. Przechodząc do konkretów – lista bolączek odpowiadających za niezadowalającą kondycję polskich sądów wygląda mniej więcej następująco:

Najczęściej spotykane zarzuty do sądów:

1. czczy formalizm i metody quasi-naukowe,

2. nadmiar regulacji w przepisach procesowych i braki w regulacjach prawa materialnego,

3. wadliwe koncepcje ustrojowe, jak paternalizm sądowy i sądokracja,

4. nieskuteczna komunikacja sądu ze stronami postępowań sądowych i społeczeństwem,

5. archaiczne zarządzanie sądami.

Czczy formalizm jest wrogiem sprawiedliwości, ponieważ w miejsce rzeczowych argumentów merytorycznych pojawiają się kruczki prawne i dyspozycje ustawodawcy, za pomocą których sąd ma odfajkować sprawę. Ponieważ sądy nie istnieją dla siebie samych, tylko dla społeczeństwa, formalizm jest największym zagrożeniem sprawiedliwości, a jeżeli jest zbyt daleko posunięty – odpowiada za brak sprawiedliwości. Potrzeba sprawiedliwości jest jednym z najgłębszych pragnień człowieka, a jej brak powoduje frustrację w wymiarze osobistym i społecznym. Jeżeli sądy nie spełniają należycie oczekiwania sprawiedliwości, muszą być narażone na negatywną ocenę. Skoro sprawiedliwość polega na oddaniu tego, co komu się należy, musi być wymierzana jednostkowo i w osobistej relacji sędziego ze stronami postępowania. Czczy formalizm sprawia, że sędziowie kierują się nie osobistą oceną wynikającą z zasad prawa i przedstawionych im dowodów, ale poleceniami przepisów niezrozumiałych dla większości obywateli. Nie znaczy to wcale, że formalizm należy odrzucić jako istotowo zły. Jest wręcz przeciwnie, ponieważ wymagania uważane za formalne są konieczne i bez ustanowienia zasad w postaci terminów, sposobów postępowania czy wymaganej treści np. pism procesowych czy orzeczeń nie jest możliwe sprawne funkcjonowanie wymiaru sprawiedliwości.

Metody quasi-naukowe to nic innego jak opieranie się w nadmiarze na opiniach biegłych zamiast na decyzjach sędziowskich. Jest to ideologiczne dziedzictwo marksizmu, a dokładnie zawartej w nim koncepcji prawdy obiektywnej. Ta nakazuje szukać obrazu rzeczywistości metodami naukowymi, ponieważ (rzekomo) w najmniejszym możliwym stopniu odbiegają od prawdy. Hołdowanie tej zasadzie sprawia, że również w drobnych sprawach powołuje się biegłych, co zawsze przedłuża i zbytecznie komplikuje postępowanie, a strony naraża na koszty. Finalnie strony są przekonane, że to nie sąd, ale biegli wydają wyroki, a sądy pogrążają się coraz bardziej w imposybilizmie decyzyjnym i orzeczniczym.

Nadmiar regulacji w przepisach procesowych i braki w regulacjach prawa materialnego sprawiają, że sądy muszą podejmować miliony powtarzających się decyzji, które powinny być zapisane we właściwych przepisach prawa materialnego. Za przykład niech posłużą przepisy o wydawaniu nakazów zapłaty – kodeks postępowania cywilnego (dalej k.p.c.) reguluje, kiedy można wydać nakaz. Taka regulacja musi być skomplikowana, więc kodeks pęka w szwach od poprawek i uzupełnień (vide art. 485 k.p.c. i nast.). W obliczu swobody zawierania umów i bogactwa obrotu prawnego nie da się w procedurze pomieścić wszelkich możliwych przesłanek, więc ustawodawca kieruje na drogę nakazową wszelkie roszczenia.

Ponieważ nie wszystkie mogą na to zasługiwać, ustawodawca musi dokonać selekcji, do czego służy klauzula negatywna i niedookreślona, np. „przytoczone okoliczności budzą wątpliwości" (vide art. 499 k.p.c.). A regulacje negatywne to jedne z najgorszych przypadłości legislacyjnych, ponieważ z natury przepisy powinny mieć charakter pozytywny, czyli jasno wskazywać, co należy czynić, kiedy i z jakiego powodu (w prawie karnym może być odwrotnie). Dlatego przesłanki wydania nakazu zapłaty mogłyby się sprowadzać do dyspozycji, „kiedy przepis szczególny pozwala, pod przewidzianymi do tego warunkami". Obecna regulacja tak działa, że poważnej liczby pozwów o wydanie nakazu zapłaty sądy nie uwzględniają, nakazując przeniesienie sprawy do innego trybu lub procesu. Ma to oczywisty i poważny wpływ na szybkość postępowania i przeciążenie sądów czynnościami, których można by uniknąć poprzez bardziej precyzyjną regulację.

Wadliwe koncepcje ustrojowe, jak paternalizm sądowy i sądokracja, uznają wyższość sądu nad innymi podmiotami lub porządkami. A więc paternalizm sądowy wynika z przekonania o niezdolności innych podmiotów do rozwiązywania problemów powierzonych sądom. Na przykład zniesienie współwłasności podlega dyskrecjonalnej władzy sądu (art. 210 kodeksu cywilnego i art. 618 k.p.c.). Podobnie przyznanie zadośćuczynienia z art. 446 § 4 kodeksu cywilnego odwołuje się (tym razem bez żadnych ograniczeń) do oceny i uznania sądu. Skutkiem takiego podejścia jest brak możliwości samodzielnego rozwiązania sporu, w oparciu o odpowiednie przepisy lub np. z pomocą mediatora, co oczywiście musi generować miliony dodatkowych spraw zalegających w sądach wiele lat. Sądokracja to założenie, że określone problemy rozwiązywać mają sądy poprzez wyroki, a inne sposoby raczej nie są przewidywane.

Nieskuteczna komunikacja sądu ze stronami postępowań sądowych i społeczeństwem w sensie wewnętrznym spowalnia i paraliżuje tok czynności w każdej sprawie. Natomiast brak komunikacji postrzeganej jako zrozumiałość pracy sądu i wydanych przez niego orzeczeń skutkuje na zewnątrz i wytwarza obraz sądu jako instytucji działającej w sposób podejrzany, bo niezrozumiały, czyli nieprzewidywalny. Do komunikacji w sensie wewnętrznym (między stronami i sądem), czyli w danym postępowaniu, należy więc śmiało sięgać po współczesne środki komunikowania się. Błędem ustawodawcy jest poszukiwanie środków uniwersalnych, czyli dostępnych zawsze dla wszystkich. Środki uniwersalne mają to do siebie, że mając być zawsze skuteczne, zawsze mogą zawieść. Że warto opierać się na różnorodności, pokazuje pięta achillesowa sądów, czyli prowadzenie korespondencji.

Czynimy to pocztą tradycyjną zamiast elektroniczną, ponieważ nie wszyscy obywatele mają swoje adresy e-mailowe. Tymczasem można posługiwać się pocztą mailową wobec tych, którzy tego chcą i mogą z niej korzystać, a jest to większość obywateli i profesjonalni pełnomocnicy w szczególności. Przepisy powinny być elastyczne, dawać wybór, kiedy pocztą, a kiedy e-mailem, ze wskazaniem na e-maile, z których korzystają dziś prawie wszyscy. Natomiast postulat poprawy zewnętrznej komunikacji sądów ze społeczeństwem można polecić już teraz gestii sędziów, kiedy wygłaszają uzasadnienia lub objaśnienia swoich decyzji. W istocie jednak sprawa jest poważniejsza, jako że treść uzasadnień podlega ocenie sądów odwoławczych, które mają swoje wymagania niepozostające bez wpływu na rodzaj języka i argumentacji (sądy te często uznają, że uzasadnienia są pisane dla nich, a nie dla stron danego postępowania). Więc dopiero ingerencja ustawodawcy mogłaby tę kwestię rozstrzygnąć inaczej w sposób skuteczny.

Archaiczne zarządzanie sądami niestety jest faktem, ale nie z powodu ich hierarchicznej struktury, ale filozofii zarządzania i powiązanych z nimi narzędzi. Sądy są wprawdzie zarządzane przez dyrektorów sądów, czyli na sposób w pełni współczesny, ale dotyczy to tylko administracyjnej strony funkcjonowania sądu. Jądrem funkcjonowania sądu, czyli sędziami jako zasobem orzeczniczym, nadal zarządza się według reguł zamierzchłych. Objawia się to nadmiernie zróżnicowanym obciążeniem, czyli największe obciążenia mają sędziowie pracujący w stolicy, a następnie sędziowie sądów rejonowych, najmniejsze zaś sędziowie pracujący w sądach apelacyjnych. Tak skomplikowany stan rzeczy domaga się najpierw wyrównania obciążeń, ponieważ wtedy instytucja sądownicza działałaby lepiej jako całość. Niestety, nie ma ku temu możliwości z różnych powodów. Naturalny ruch kadrowy sędziów jest maksymalnie utrudniony pod każdym możliwym względem.

Przesuwanie się na wyższe stopnie sędziowskie wcale nie musi premiować najlepszych, ponieważ jest to proces uznaniowy, uciążliwy, a nawet dolegliwy dla potencjalnych kandydatów. Można też próbować swoich sił w innym sądzie, ale delegacje również są uznaniowe. Nie da się też obiektywnie porównać wysiłku wkładanego w pracę przez sędziów pracujących w sądach różnego szczebla i specjalizacji. Ponieważ nie ma żadnej rezerwy kadrowej (typu ławka rezerwowych gotowych do wejścia na boisko natychmiast, gdy trzeba), sądy zostały w praktyce zabetonowane kadrowo, a wraz z nimi utrwalają się zaległości, wakaty lub przerosty kadrowe. W XXI wieku istnieje wiele sprawdzonych sposobów zarządzania, z których mogą skorzystać sądy za zgodą ustawodawcy.

Sędziowie nie czekają więc na Godota, dobrze wiedząc, czego chcą, ale możliwości przenoszenia uwag w stronę decydentów (władzy wykonawczej i ustawodawczej) są silnie ograniczone, a dzisiaj także niemile widziane. Wprawdzie w konstytucji jest zapisane wprost w art. 10. 1. „Ustrój Rzeczypospolitej Polskiej opiera się na podziale i równowadze władzy ustawodawczej, władzy wykonawczej i władzy sądowniczej", ale zapisano też w art. 173. „Sądy i Trybunały są władzą odrębną i niezależną od innych władz". To zaś oznacza, że uwagi i spostrzeżenia sędziów w zakresie wykonywania przez nich władzy sądowniczej są konieczne i muszą być brane pod uwagę z przyczyn stricte merytorycznych. Oczywiście przedmiotem dyskusji mogą i powinny być tylko zasady funkcjonowania sądów. Ponieważ treść rozstrzygnięć w poszczególnych sprawach pozostaje w całkowitej i zupełnej oraz wyłącznej gestii sędziów, co wynika z ich niezawisłości. Niezawisłość jest obowiązkiem sędziego względem obywatela, porządku prawnego i sprawiedliwości. Nie można traktować obowiązku niezawisłości jako przywileju zawodowego. I takie mają być ramy dyskusji, bez której wyprowadzenie sądów z kryzysu nie jest możliwe.

Autor jest sędzią delegowanym do Sądu Okręgowego w Warszawie