Mechanizm jest prosty: kodeks pracy chroni pracownika przebywającego na zwolnieniu. Jeśli szef nie zdąży wręczyć wypowiedzenia, zanim pracownik „zachoruje”, to ma związane ręce. Nierzadko zdarza się też pójście na zwolnienie po otrzymaniu wypowiedzenia. W takim przypadku okres wypowiedzenia i tak biegnie, ale pracownik, zamiast świadczyć pracę (często w atmosferze wzajemnej niechęci), wybiera izolację. Z jednej strony nie ma się co dziwić. Trudno wymagać entuzjazmu od kogoś, komu właśnie podziękowano za współpracę. Zamiast zmuszać się do uśmiechów przy dystrybutorze wody i kserokopiarce, pracownik woli zostać w domu i szukać nowej pracy. Problem zaczyna się wtedy, gdy „choroba” jest jedynie próbą wyciągnięcia dodatkowych pieniędzy z ZUS-u lub budżetu pracodawcy, który przez pierwsze 33 dni choroby i tak musi płacić wynagrodzenie.