Czy po 24 latach od odzyskania wolności na polskie sprawy nadal mogą mieć wpływ dekrety PKWN z czasów stalinowskich? Niestety, tak. Krakowski Urząd Kontroli Skarbowej powołał się m.in. właśnie na taki dekret z 1944 r., kalkulując wartość nieruchomości odzyskanej w wyniku reprywatyzacji. Wskazując ten i inne przepisy z minionej epoki, uzasadnił nałożenie 3 mln zł podatku na krakowską spółkę, która kilka lat temu sprzedała odzyskany majątek.
Spółka sprzed stu lat
Swawola fiskusa w stosowaniu historycznych aktów prawnych jest nieprzypadkowa. Wynika z luki w ustawie o podatku dochodowym od osób prawnych. Przewiduje ona standardową zasadę, że dochód podatnika ze sprzedaży nieruchomości oblicza się, pomniejszając przychód o koszty związanie z jej nabyciem.
Jednakże w wypadku gruntów czy budynków odzyskanych w wyniku reprywatyzacji sprawa nie jest taka prosta. Ustawa o CIT po prostu nie przewiduje, jak ustalać wartość środków trwałych, gdy nie można określić ceny ich nabycia, a podatnik nabył je przed dniem założenia ewidencji takich środków. W ustawie o PIT taki przepis istnieje (to art. 22g ust. 8) i odsyła do wyceny na podstawie danych rynkowych.
W wypadku krakowskiej spółki (właściciele nie zgadzają się na podanie nazwy) sytuacja była o tyle osobliwa, że historia jej samej, a także jej gruntów sięga czasów monarchii austro-węgierskiej. Założono ją w 1912 r. w celu prowadzenia fabryki chemicznej. Według bilansu spółki z 1938 r. jej nieruchomości w dzielnicy Podgórze warte były fortunę, bo ponad 400 tys. ówczesnych złotych (niewielki samochód osobowy kosztował wtedy około 7 tys. zł.)
Samą fabrykę pochłonęła pożoga II wojny światowej, a potem grunt spółki przejęły władze PRL. Dopiero w 1998 r. spadkobiercom fabrykantów udało się je odzyskać. Kilka lat później sprzedali nieruchomość za 21,8 mln zł netto.