W kraju istnieje 150 – 200 większych gospodarstw wikliniarskich. Wielu plecionkarzy, zwłaszcza na Podkarpaciu, nie kupuje jednak wikliny. Prowadzą oni małe plantacje (0,5 – 1 ha) na własne potrzeby.
W praktyce podział między różnymi kategoriami przedsiębiorców jest umowny. Ktoś, kto organizuje produkcję np. w swojej wsi, zwykle sam również zajmuje się wyplataniem koszy. Duże firmy łączą handel z produkcją, wykorzystują pracę nakładczą, a nawet prowadzą zwarte zakłady, gdzie np. opracowuje się nowe wzory. Produkcją wyrobów z wikliny zajmują się także właściciele plantacji wierzby.
[srodtytul]Niewielkie nakłady[/srodtytul]
Decyzja o rozpoczęciu (albo zaniechaniu) produkcji nie wiąże się w tej branży z wielkim ryzykiem. Jedynym wyrobem plecionkarskim, którego wytwarzanie udało się częściowo zmechanizować, są przeplatane drutem maty budowlane. Koszyki czy meble robi się ręcznie jak dawniej.
Potrzebne są dach nad głową, sekator i nóż. Ale plecionki trzeba umieć robić samemu. Można też zatrudnić fachowców, lecz należy im zapłacić tyle, by uznali, że warto zrezygnować z samodzielności.
– To trudny zawód. Wiklina jest twarda i mokra. Pracuje się w wilgoci, co sprzyja chorobom skóry i reumatyzmowi. Fachowców z roku na rok ubywa – przyznaje Mieczysław Rybarczyk.
Niegdyś działała specjalna szkoła wikliniarska w Kwidzynie. Dziś wyplatania można nauczyć się tylko w zakładzie rzemieślniczym, od dziadków czy rodziców lub na zorganizowanym doraźnie kursie. Ale to tylko jedna z przyczyn deficytu fachowców. Drobni rzemieślnicy, chałupnicy czy osoby wytwarzające koszyki na skup twierdzą, że zajęcie to jest coraz mniej opłacalne.
Jedna z firm z Rudnika w ciągu dwóch lat wysłała do swojego kontrahenta w Unii Europejskiej 400 tirów z koszykami. Ale tak duże kontrakty coraz trudniej realizować właśnie z powodu braku producentów, zwłaszcza latem, gdy pracują oni w swoich gospodarstwach rolnych.
Setki młodszych wiekiem plecionkarzy z Rudnika woli zamiast wyplatać koszyki zbierać szparagi w Niemczech. Mimo tych problemów w ciągu ubiegłego nie najlepszego roku przedsiębiorcy z Rudnika sprzedali za granicę wyroby wiklinowe za ok. 8 mln euro, a w kraju za ponad 20 mln zł.
[srodtytul]Najgorzej drobnym[/srodtytul]
Wiklina sprzedaje się całkiem nieźle zarówno w kraju, jak i za granicą, ale ceny są stosunkowo niskie i nie rosną. Produkcja jest opłacalna dzięki niskim kosztom pracy. Zawsze prowadzono ją w biednych regionach rolniczych. Jednak o tanią robociznę nawet na Podkarpaciu jest coraz trudniej.
W takiej sytuacji potencjał branży plecionkarskiej maleje. Najtrudniej jest niewielkim producentom prowadzącym własną działalność gospodarczą. Ciężko im uzyskać dobrą cenę i większe zamówienia, bo nie stać ich na sprzedawanie na kredyt, co w dzisiejszym handlu jest normą.
W dodatku ich odbiorcy, drobny handel, powoli się wykruszają, a dla sieci handlowych nie są żadnym partnerem. W rezultacie nawet jeśli za koszyk na zakupy dostaną 20 zł, to po odliczeniu kosztów (w tym surowca) oraz zapłaceniu podatków zostaje im na czysto 6 – 7 zł. To tylko o złotówkę więcej, niż zarabia chałupnik czy producent wytwarzający koszyki na skup.
[srodtytul]Silniejsi radzą sobie lepiej[/srodtytul]
– Branża stopniowo podupada – ocenia Andrzej Pawlak, główny organizator Festiwalu Wikliny i Plecionkarstwa w Nowym Tomyślu. – W naszej okolicy z pięćdziesięciu firm zostało kilkanaście. Dzieje się tak dlatego, że plecionkarze traktowani są przez resort finansów tak jak np. właściciele wielkich zmechanizowanych stolarni.
Lepiej radzą sobie silniejsze kapitałowo firmy, które mogą zaczekać na zapłatę za dostarczony towar. – Tylko one mogą być partnerami dla sieci handlowych. Stać je też na inwestowanie w atesty etnograficzne, co oznacza niższy VAT. Dzięki temu nasz produkt może być tańszy dla odbiorców – twierdzi Antoni Wnuk. – Ale podczas kryzysu i my często działaliśmy na granicy opłacalności.
Współpraca z sieciami handlowymi, choć przy dużych obrotach zapewnia stabilizację, oznacza jednak, że lwia część zysków idzie na konto sprzedawcy. Bo typowy koszyk na zakupy w wielkim sklepie kosztuje nie np. 20 zł, ale 40 zł. Hurtownik, przedsiębiorca organizujący produkcję, a zwłaszcza sam plecionkarz, zarabiają o wiele mniej.
Wielki handel to zatem z jednej strony spory rynek na plecionki, a z drugiej wykorzystywanie bezpośrednich producentów. Lekarstwem mogłaby być, zdaniem przedstawicieli biznesu plecionkarskiego, taka forma opodatkowania wytwórców (jako tradycyjnego rękodzieła), by mogli oni wyjść z szarej strefy. Przygotowywane są zmiany odpowiednich przepisów.
Producenci obawiają się jednak, że większa podaż legalnych plecionek może doprowadzić do spadku cen, co też byłoby dla nich niekorzystne.
A trzeba pamiętać też o rosnącej konkurencji chińskiej. Krajowa taca wiklinowa kosztuje ok. 20 zł. Bambusową z Chin można kupić już za 3 zł.
[ramka][b]Podstawowe kalkulacje[/b]
- Wyplatanie koszyków i typowej galanterii wiklinowej to praca całkowicie ręczna. Plecionkarzowi potrzebne są sekator, nóż i specjalny szpikulec plecionkarski. Gdy kupuje się narzędzia najlepszych firm, ich łączny koszt wynosi od 100 do 300 zł.
- Do produkcji mebli trzeba mieć także pistolet służący do łączenia elementów (za 500 zł) i sprężarkę (za 2000 zł).
- Maszyny wykorzystywane są jedynie przy wytwarzaniu łączonych drutem mat technicznych. Używane kosztują ok. 70 tys. zł.
- Wprawny rękodzielnik może w ciągu dnia pracy wypleść siedem – osiem typowych koszyków na zakupy. Za jeden koszyk dostaje zwykle 10 zł.
- Z jednego hektara uprawianej wierzby uzyskuje się rocznie 10 – 12 ton wikliny długiej (np. na maty i płoty) lub 6 – 8 ton (po posortowaniu 5 ton) wikliny krótkiej na koszyki.
- Najczęściej spotykana wiklina czerwona to pędy okorowane po gotowaniu. Jej cena (im dłuższa, tym tańsza) wynosi od 4 do 10 zł za 1 kg. Dwukrotnie droższa jest wiklina biała, tzw. moczarkowana, uzyskiwana w sposób tradycyjny. Nie gotuje się jej, lecz moczy np. w stawach (moczarkach).
- Na fotel potrzeba 3 – 4 kg wikliny, na typowy koszyk zakupowy średniej wielkości – 1 kg, na koszyczek wielkanocny – ok. 15 dkg.
- Fotel u producenta na Podkarpaciu kosztuje ok. 50 zł, koszyk 20 zł, a mniejszy, zrobiony z 0,5 kg wikliny – 10 zł.
- W regionie wikliniarskim cena większego koszyka w hurtowni – na którą składa się też zarobek pośrednika organizującego produkcję – wynosi ok. 25 zł.
- Za metr kwadratowy maty wiklinowej o standardowym wymiarze płaci się 10 – 14 zł.
- Produkcja wikliniarska obłożona jest 22-proc. VAT. Wyjątek stanowią wyroby o tradycyjnych wzorach, które specjalna komisja etnograficzna uzna za wyroby rękodzieła ludowego. W tym przypadku obowiązuje preferencyjna, 7-proc. stawka VAT.
Znaczna część koszyków i typowej galanterii wytwarzanej np. na Podkarpaciu spełnia te kryteria. Ale za wydanie atestu ważnego przez rok płaci się 40 – 150 zł. Małemu producentowi taki wydatek może się po prostu nie zwrócić. [/ramka]
[ramka][b]Ile na start[/b]
Koszty produkcji wyrobów z wikliny
- wynagrodzenie dwóch pracowników (miesiąc) 4500 zł
- zapas wikliny (miesiąc) 3200 zł
- narzędzia i wyposażenie 900 zł
- atesty (pięć kolekcji) 500 zł
- razem 9100 zł [/ramka]
[ramka][b]Mieczysław Rybarczyk, współwłaściciel firmy M.R. Wiklina w Nowym Tomyślu:[/b]
Wyplatania koszy, a później innych wyrobów z wikliny, nauczyłem się dzięki żonie, która wyniosła te umiejętności z domu na wsi pod Nowym Tomyślem.
Z zawodu jestem specjalistą od obróbki skrawaniem. Dlatego początkowo wikliniarstwo traktowaliśmy jako dodatkowy zarobek.
Potem założyliśmy firmę, ale była to ciągle działalność rzemieślnicza, prawie chałupnicza, na małą skalę.
Zawsze zwracałem jednak uwagę na jakość, solidność wykonania i estetykę produktów. W ten sposób wyrobiłem sobie markę i znalazłem stałych odbiorców za granicą.
Po 2004 roku firma zaczęła się szybko rozwijać właśnie dzięki eksportowi. W tej chwili jest największym zakładem „zblokowanym”, produkującym wyroby wyplatane z wikliny, w Wielkopolsce, a może i w kraju.
W przeciwieństwie do większości przedsiębiorstw działających w tej branży nie zajmujemy się ani handlem, ani nie polegamy na chałupnikach.
Mamy – prowadzę firmę z synem – 17 stałych pracowników i pomieszczenia produkcyjne o powierzchni 800 mkw. Miesięcznie przerabiamy ok. 1,5 tony wikliny.
W 2009 r. nasza sprzedaż wzrosła dwukrotnie, a zatrudnienie o 50 proc. To spora satysfakcja, bo ogólnie w branży dzieje się nie najlepiej. Ceny są tak niskie, że wielu chałupników rezygnuje. Ja, dzięki renomie zakładu, na którą długo pracowaliśmy, mogę stawiać na zamożnych i wymagających odbiorców, klientów zagranicznych i elitę krajowych.
Eksport stanowi ok. 80 proc. sprzedaży. Za granicę wysyłamy na ogół standardową galanterię, m.in. kosze i kwietniki o atrakcyjnych wzorach. Dla klientów krajowych pracujemy tylko na zamówienie. Kupują u nas ci, którzy chcą mieć nietypowy kosz na bieliznę, taki fotel bujany, jaki sobie wymarzyli, czy płot z wikliny, jakiego nie ma żaden sąsiad.[/ramka]
[ramka][b]Marek Kotuła, właściciel firmy Rat-Wik w Rudniku nad Sanem w powiecie Nisko:[/b]
Kiedy kilkanaście lat temu założyłem firmę – specjalizuję się w plecionych meblach – mogłem sobie wybierać klientów. Kryterium była nie tylko oferowana przez nich cena, ale także np. korzystna forma płatności.
Od dwóch – trzech lat sytuacja jest zdecydowanie gorsza, bo tracimy rynek z powodu importu z Azji. W regionie, m.in. w Rzeszowie i Ostrowcu Świętokrzyskim, powstały nowe duże hurtownie wyspecjalizowane w azjatyckich produktach plecionkarskich. Można je kupić nie tylko w sieciach handlowych, ale i w wielu małych sklepach.
Wiem od klientów, że plecione meble np. chińskie, wytwarzane z różnych rodzajów giętego drewna, bambusa, rattanu i wikliny, są o wiele mniej trwałe niż nasze. Ale trzeba przyznać, prezentują się efektownie i są atrakcyjnie opakowane, a przede wszystkim o wiele tańsze.
Chiński fotel bujany kosztuje ok. 15 dolarów. U nas w Rudniku cena ostatnio spadła ze 130 do 110 zł i znajduje się już blisko granicy opłacalności.
W dodatku na meble trudno jest uzyskać atest etnograficzny i musimy je sprzedawać z 22-proc. VAT. Produkty wikliniarskie w całym naszym zagłębiu staniały o ok. 15 proc. Mimo to sprzedaż prawie stanęła. Od początku zimy sprzedaję tylko 20 proc. produkcji. Będę musiał, przynajmniej do wiosny, wynajmować magazyn, a to kosztuje.
Wyplatania wikliny nauczyłem się w dzieciństwie od ojca, który pracował w tym fachu w państwowym przedsiębiorstwie. Kiedy życie i potrzeby finansowe zmusiły mnie do przerwania studiów, miałem zawód w rękach.
Pracowałem z żoną i przez pewien czas z dwiema zatrudnionymi osobami. Dzięki firmie wybudowaliśmy dom. Było nas stać na przyzwoity samochód i zagraniczne wakacje.
Teraz pracy wystarcza tylko dla mnie. Ciągle możemy z tego jakoś się utrzymać, ale przyszłość zapowiada się źle. Coraz trudniej poradzić sobie z opłacaniem składek do ZUS i innymi obciążeniami finansowymi.
Odpowiada mi ta praca, ale będę musiał zacząć rozglądać się za innym zajęciem. Nie chciałbym, żeby synowie poszli w moje ślady. Uczę ich jednak plecionkarstwa. Na wszelki wypadek.[/ramka]
[ramka][b][link=http://www.rp.pl/temat/127578.html]Czytaj też o innych pomysłach na biznes[/link][/b][/ramka]