W trudnych czasach przewaga umowy na czas określony nad bezterminową polega na tym, że szef uzgadnia z pracownikiem początkową i końcową datę jej trwania. Z góry więc wie, kiedy kontrakt się rozwiąże i nie musi podejmować dodatkowych działań, aby do tego doprowadzić. Nawet przeprowadzając restrukturyzację w zakładzie, od początku może inaczej planować przyszłość zatrudnionych na podstawie takiej umowy, bo zna jej datę końcową.
W takiej sytuacji przy zwolnieniach grupowych inaczej traktuje się umowy na czas nieokreślony, a inaczej terminowe. Jeśli nawet większość tych ostatnich rozwiąże w określonej dacie, nie wlicza się zatrudnionych na tej podstawie do ogólnej liczby zwalnianych. Ale [b]zgodnie z wyrokiem Sądu Najwyższego z 4 grudnia 2008 r. (II PK 137/08)[/b], jeśli pracodawca musiałby sam rozwiązać umowy na czas określony (np. za porozumieniem stron) z wieloma takimi osobami, stosuje procedurę zwolnień grupowych.
[srodtytul]Koniec wiadomy na początku[/srodtytul]
Prawo pracy nie precyzuje okresu, na jaki można zawrzeć umowę na czas określony. W zasadzie całkowicie zależy to od woli stron. Ale zbyt długa umowa terminowa (np. na dziesięć lat) może być uznana za obejście przepisów o umowach na czas nieokreślony.
Zakończenie takiego kontraktu należy określać możliwie dokładnie (tj. podając konkretną datę kalendarzową lub liczbę dni/tygodni/miesięcy/lat). Zdarzają się jednak umowy, których termin końcowy budzi wątpliwości (np. do dnia złożenia egzaminu licencjackiego albo do odbycia zwyczajnego zgromadzenia wspólników).