Turcja była jednym z krajów, które na drodze dyplomatycznej próbowały zapobiec amerykańsko-izraelskiej wojnie z Iranem. Później, wraz z Pakistanem i Egiptem, pośredniczyła w negocjacjach pokojowych między administracją amerykańskiego prezydenta Donalda Trumpa a irańskim przewodniczącym parlamentu Mohammadem Bagherem Ghalibafem. Choć co najmniej trzykrotnie irańskie rakiety wlatywały w jej przestrzeń powietrzną (i na szczęście zostały zestrzelone, zanim wyrządziły szkody), Turcja zachowuje się wobec Iranu dosyć powściągliwie. Już wcześniej dawała do zrozumienia, że obawia się ekonomicznych skutków wojny i ewentualnego napływu fali uchodźców z Iranu. Tureckie władze wyraźnie też nie chcą, by w wyniku wojny wzrosła potęga Izraela. I trudno się temu dziwić, skoro niektórzy izraelscy politycy wskazują na Turcję jako kolejnego potencjalnego wroga państwa żydowskiego. Wcześniej Ankara mocno wspierała dyplomatycznie Palestyńczyków oraz pomogła sunnickim rebeliantom z organizacji HTS zdobyć władzę nad Syrią, co w Izraelu odebrano jako rozszerzenie tureckiej strefy wpływów w regionie prawie aż do podnóża Wzgórz Golan. Turcja jest również bardzo aktywna w Afryce i na Zakaukaziu, a do swoich bliskich sojuszników zalicza m.in. Katar i dysponujący bronią jądrową Pakistan. Ma też dobre relacje z administracją Trumpa i posiada jedną z największych armii w NATO. Ze zdaniem Ankary trzeba się więc liczyć, a Turcja posiada też wystarczające pole manewru, by móc od czasu do czasu ocieplać swoje relacje z Rosją i Chinami. Czy jednak towarzyszący wojnie wstrząs na rynku energii może sprawić, że pozycja Turcji się pogorszy?