Gdy rzeka zalewa dom, fabryka przerywa produkcję, a infrastruktura znika pod wodą, koszt już powstał. Nie znika dlatego, że właściciel nie miał polisy, samorząd nie przewidział wydatku albo państwo nie utworzyło odpowiedniego funduszu.
Ubezpieczenie nie sprawia, że strata znika. Pozwala natomiast z góry ustalić, jak jej finansowy ciężar zostanie rozłożony. Rachunek zawsze ma więc płatnika. Różnica polega na tym, czy jego ciężar został wcześniej rozłożony, czy po zdarzeniu trzeba dopiero znaleźć środki na jego pokrycie.
Mam za sobą blisko dekadę pracy w ubezpieczeniach. Z tej perspektywy polisa jest przede wszystkim sposobem ustalenia z góry, kto i w jakiej części poniesie finansowe skutki szkody.
Kiedy ryzyko trafia do bilansu
Problem nie jest abstrakcyjny. W latach 1980–2024 ekstremalne zjawiska pogodowe i klimatyczne spowodowały w UE około 822 mld euro strat ekonomicznych. Aż 208 mld euro, czyli jedną czwartą tej kwoty, przypadło na ostatnie cztery lata. Mniej niż 20 proc. strat było prywatnie ubezpieczonych. Różnicę pomiędzy stratami ekonomicznymi a ich ubezpieczoną częścią określa się mianem luki ubezpieczeniowej (z ang. insurance protection gap). Tak wysoka luka nie oznacza jednak, że w Europie przestaje być dostępna ochrona przed skutkami powodzi, wichur i innych zdarzeń naturalnych. Problem jest bardziej złożony. W niektórych regionach ochrona może być trudniej dostępna albo zbyt droga, ale znaczna część luki wynika również z niedoubezpieczenia, wyłączeń odpowiedzialności, niskiej świadomości ryzyka czy oczekiwania pomocy państwa.
I właśnie dlatego luka ubezpieczeniowa wychodzi daleko poza sam sektor ubezpieczeń. Pokazuje moment, w którym ryzyko fizyczne przestaje być kategorią w raporcie ESG, a zaczyna obciążać majątek gospodarstw domowych, bilanse firm i banków oraz finanse publiczne.
Cena ryzyka i cena solidarności
W klasycznej logice rynku wyższe ryzyko powinno oznaczać wyższą składkę. Wyższa składka staje się wtedy sygnałem, że dane miejsce lub składnik aktywów jest bardziej narażony na szkodę. Problem zaczyna się wtedy, gdy prawidłowo wyceniona ochrona staje się zbyt droga.
Gospodarstwo domowe może zrezygnować z polisy. Firma może uznać, że ochrona jest zbyt kosztowna. Europejski nadzór ubezpieczeniowy zwraca uwagę, że pełniejsze przeniesienie rosnącego ryzyka do składek może pogorszyć dostępność cenową ochrony i osłabić odporność społeczną.
Tu pojawia się jedna z najciekawszych sprzeczności całego systemu. Chcemy, aby cena ubezpieczenia mówiła prawdę o ryzyku, ale nie zawsze chcemy zaakceptować społeczne konsekwencje tej prawdy. Jeśli rynek wycenia zagrożenie w pełni, dla części klientów ochrona staje się za droga. Jeśli część ceny rozkładamy szerzej, przez mechanizmy solidarnościowe, dopłaty czy wsparcie państwa, poprawiamy dostępność ochrony, ale rachunek nie znika. Płacą go inni uczestnicy systemu.
Francja, Hiszpania i Wielka Brytania pokazują różne sposoby rozwiązania tego konfliktu. Francja szeroko rozkłada koszty między ubezpieczonych i opiera system na gwarancji państwa. Hiszpania ma publiczny mechanizm dla ryzyk nadzwyczajnych powiązany z istniejącą polisą. Wielka Brytania stosuje specjalny system reasekuracyjny, który wspiera dostępność ochrony powodziowej dla części gospodarstw domowych wysokiego ryzyka. Każdy z tych modeli inaczej dzieli rachunek. Żaden nie zmienia fizycznego ryzyka.
Powódź na południu Polski z 2024 r. daje konkretny polski punkt odniesienia. Według UKNF na 30 czerwca 2025 r. wartość szkód brutto wynosiła 2,129 mld zł. To nie jest pełny rachunek gospodarczy powodzi, lecz wartość szkód objętych ubezpieczeniem i raportowanych przez sektor. Pokazuje jednak skalę kosztu, który został sfinansowany w ramach systemu ubezpieczeniowego.
Poza ubezpieczeniem ten sam rachunek zaczyna obciążać właściciela, przedsiębiorstwo, bank, samorząd albo państwo. Firma może utracić płynność, zadłużony składnik aktywów może stracić wartość, a presja na pomoc publiczną rośnie wraz ze skalą szkód. Europejski nadzór ubezpieczeniowy i Europejski Bank Centralny wskazują, że niski poziom ochrony może opóźniać odbudowę, zwiększać ryzyko kredytowe i presję fiskalną. Oczekiwanie pomocy państwa może dodatkowo osłabiać skłonność do kupowania prywatnej ochrony.
Polisa nie zastąpi odporności
W tym miejscu dochodzimy do granicy ubezpieczeń. Polisa finansuje skutki ryzyka. Adaptacja może zmniejszyć jego materialne konsekwencje. Potrzebne są retencja wody, infrastruktura, planowanie przestrzenne i decyzje o tym, gdzie w ogóle warto lokować nowe aktywa.
Odbudowa po dużej powodzi czy innym niszczącym zdarzeniu jest politycznie naturalna. Problem pojawia się wtedy, gdy razem z budynkiem odtwarzamy także jego narażenie na kolejną szkodę. Dom odbudowany w tym samym miejscu i według tych samych standardów odzyskuje wartość użytkową, ale ryzyko pozostaje. W skrajnych przypadkach racjonalna odpowiedź może oznaczać ograniczenie nowej zabudowy albo relokację.
Realne ryzyko finansowe
I tu wraca ESG. Ryzyko fizyczne związane ze zmianą klimatu staje się realnym ryzykiem finansowym, gdy wpływa na cenę ochrony, możliwość uzyskania ubezpieczenia, wartość nieruchomości, zabezpieczenie kredytu, płynność przedsiębiorstwa czy wydatki publiczne. Składka nie jest pełną „ceną ryzyka klimatycznego”, ale rynek ubezpieczeniowy zmusza do wyceny ryzyka i znalezienia kogoś, kto zechce je za określoną cenę przyjąć.
Luka ubezpieczeniowa pokazuje więc granicę między opisywaniem ryzyka a jego finansowaniem. Dojrzała polityka odporności powinna odpowiedzieć na cztery pytania: ile ryzyka chcemy dopuścić, ile potrafimy zredukować, ile możemy rozsądnie rozproszyć i kto powinien ponieść pozostałą część kosztu.
Rachunek i tak zostanie wystawiony. Rozsądniej ustalić jego podział i spróbować zmniejszyć jego wartość, zanim przyjdzie woda.
Zdaniem autora
Im pełniej cena ubezpieczenia pokazuje skalę ryzyka, tym trudniej bywa ją społecznie zaakceptować. Gdy koszt rozkładamy szerzej, ochrona staje się bardziej dostępna, ale słabnie sygnał, że niektóre aktywa są po prostu zbyt narażone. Ubezpieczenie pomaga sfinansować skutki szkody. Odporność wymaga również decyzji, które zmniejszają ekspozycję, zanim szkoda nastąpi