15 lat temu zlikwidowano w prawie pracy instytucję odpracowania usprawiedliwionych nieobecności w firmie, za które podwładny nie zachowywał prawa do wynagrodzenia. Umożliwiało mu to załatwienie ważnych spraw i jednocześnie zapobiegało obniżeniu pensji.
Przydawało się, gdyż warunki, w jakich żyliśmy wówczas i niestety nadal żyjemy, zmuszają nas do załatwiania różnych spraw w godzinach pracy.
Chodzi choćby o monstrualnie zbiurokratyzowane sfery życia, konieczność wykonywania wielu obowiązków rodzicielskich, dla których prawo nie przewiduje płatnych zwolnień, czy wreszcie różne ważne interesy osobiste, których poza godzinami nie sposób zaspokoić. Mowa tu o zwolnieniach, których pracodawca może, ale nie musi udzielić, zwane dawniej zwolnieniami „dla załatwienia ważnych spraw osobistych”.
Art. 130 § 3 kodeksu pracy ustala zasadę, że każda usprawiedliwiona nieobecność w firmie obniża z mocy prawa wymiar czasu pracy, jaką podwładny ma do przepracowania w okresie rozliczeniowym. Właśnie naruszenie tego przepisu uzasadnia kwestionowanie zgodności z prawem instytucji odpracowania usprawiedliwionych absencji.
Pracodawcy stosujący takie praktyki mogą zatem narażać się na zarzuty, że łamią przepisy o czasie pracy. Umawiają się z zatrudnionym na „odpracowanie”, mimo że w wyniku zwolnienia od pracy u podwładnego nie powstaje żaden „dług” w postaci takiego obowiązku. Czy jednak w każdym wypadku taki zarzut będzie uzasadniony?