A gdy dostanie zawiadomienie przedłużające ten termin?
Wtedy także jego stanowisko powinno być uznane za prawidłowe, a późniejsze wydanie interpretacji należy potraktować już jak jej zmianę. Przepisy stanowią wyraźnie: interpretację wydaje się bez zbędnej zwłoki, jednak nie później niż w ciągu trzech miesięcy od wpłynięcia wniosku. Skorzystanie przez organ podatkowy z prawa do przedłużenia tego terminu nie może więc wpływać na uprawnienia podatnika. Inne rozumienie tego przepisu powodowałoby, że instytucja interpretacji podatkowych straciłaby sens. Oznaczałoby to bowiem, że można by wielokrotnie przedłużać termin, a podatnik mógłby tylko czekać. To sprzeczne z ideą wiążących interpretacji. Przesłanką ich wprowadzenia było przecież to, aby podatnik przed ważną transakcją mógł uzyskać pewność, że prawidłowo ją rozliczy. Dlatego ustanowiono trzymiesięczny, nieprzekraczalny termin. Firma nie może przecież odwlekać transakcji tylko dlatego, że urzędnicy udzielający odpowiedzi nie wywiązują się ze swoich obowiązków w terminie. W swojej decyzji rozpatrują oni przecież daną sytuację tylko na podstawie wniosku. Dlatego przedłużanie tych terminów jest dla mnie całkowicie niezrozumiałe. A skoro już tak się dzieje, to negatywnych konsekwencji nie można przerzucać na podatnika. Tłumaczenie organów podatkowych można bowiem porównać do zachowania podatnika, który nie składa w terminie deklaracji, tylko przesyła do urzędu informację, że nie zdążył jej wypełnić z przyczyn niezależnych, tzn. miał dużo pracy.
Czy organy podatkowe także uznają, że przedłużenie terminu jest jednoznaczne z uznaniem stanowiska podatnika za prawidłowe?
Tak naprawdę tego nie wiadomo. Nie słyszałem bowiem jeszcze o sporach na tym tle. Jest jednak pewne, że prędzej czy później się pojawią. Jestem także przekonany, że gdy sprawa trafi do sądu, podatnik powinien wygrać. Chodzi tu bowiem o jego podstawowe prawa.
Zostawmy ordynację i pomówmy o przepisach o podatku dochodowym. Ostatnie lata to olbrzymi wzrost popularności spółek komandytowych i komandytowo-akcyjnych. Dlaczego?
Podatnicy dostrzegli, że dzięki takiej formie prowadzenia działalności gospodarczej mogą uniknąć dwukrotnej zapłaty podatku. Przyjmijmy, że dwie osoby zakładają spółkę z o.o. W pięć lat zarabia ona milion złotych. Od tej kwoty trzeba odprowadzić 190 tys. zł podatku dochodowego od osób prawnych. Gdyby jednak wspólnicy chcieli sobie wypłacić te pieniądze, to od pozostałej kwoty, czyli 810 tys. zł, musieliby ponownie zapłacić 19 proc. PIT. Wielu więc decyduje się na przekształcenie w spółkę komandytową lub komandytowo-akcyjną. Nawet organy podatkowe przyznają, że po takim przekształceniu podatku od dywidend nie trzeba już płacić. Oczywiście jest jeszcze prościej, jeśli wspólnicy od razu zdecydują się na takie formy prawne firmy. A są popularne, bo przy odpowiedniej strukturze wspólników pozwalają ograniczyć ryzyko odpowiedzialności cywilnej do konkretnej kwoty, czyli dokładnie tak jak w przypadku osób prawnych. Jednocześnie można korzystać z dobrodziejstwa opodatkowania na zasadach przewidzianych dla spółek osobowych.