Dane statystyczne za pierwsze półrocze 2007 r. mogą budzić niepokój. Największe polskie zamówienia, czyli te, których wartość w wypadku dostaw i usług przekracza 10 mln euro, a w wypadku robót budowlanych - 20 mln euro, najczęściej są udzielane z wolnej ręki. To tryb, w którym nie można mówić o konkurencji. Zamawiający sam bowiem wybiera firmę, która wykona zlecenie.
Patrząc na dane z poprzednich lat, można mówić o lawinowym wzroście liczby zamówień w tym trybie. W pierwszym półroczu 2006 r. tylko 9,5 proc. tych największych udzielono z wolnej ręki, w drugim - 21 proc. W pierwszych sześciu miesiącach 2007 r. odsetek ten wzrósł już do 44 proc. W wypadku zamówień współfinansowanych ze środków unijnych wyniósł aż 59 proc.
Dlaczego zamawiający tak nagminne zaczęli korzystać z tego trybu? - Procedury są tu dużo łatwiejsze, mniejsze więc jest ryzyko błędu. Ma to duże znaczenie podczas wydawania środków unijnych, gdzie naglą terminy. Dlatego wszędzie tam, gdzie przepisy na to pozwalają, zamawiający chętnie z tego korzystają -uważa Emilia Garbala, dyrektor Departamentu Kontroli w Urzędzie Zamówień Publicznych.
UZP skontrolował każde z tych zamówień. Badał m.in., czy były przesłanki do rezygnacji z przetargu. Okazało się, że we wszystkich postępowaniach urzędnicy skorzystali z wolnej ręki zgodnie z prawem.
- Nie oznacza to jednak, że musieli to robić. Zamówień z wolnej ręki powinno się udzielać w ostateczności. Wszędzie tam, gdzie jest to możliwe, zamawiający powinien stosować tryb konkurencyjny -mówi Tomasz Czajkowski, prezes UZP. On również jest zaniepokojony tak częstym wykorzystaniem wolnej ręki. -Będziemy się przyglądać, czy zamawiający nie nadużywają tego trybu - zastrzega.