Kupuj, co kochasz – brzmi rada dla wszystkich wypływających na szerokie wody kolekcjonowania. Jeśli nie odsprzedasz z zyskiem, to przynajmniej będziesz mieć ze zbieractwa przyjemność. W przypadku butów sportowych jest to rada trafna jak rzadko.
Wśród gwiazd sportu niewiele jest takich, które nie zawarły umowy na wyłączność z którymś z producentów odzieży sportowej, zwłaszcza obuwia. Ale nawet największym zdarza się okres takiego biznesowego zastoju, kiedy można włożyć na siebie, co dusza zapragnie. Jednej z największych gwiazd koszykówki, Stephenowi Curry’emu, taki okres wolności trafił się w minionym sezonie rozgrywek NBA, 2025–2026. Czujni obserwatorzy zauważyli, że Curry potrafił w tym czasie zmieniać sneakersy nawet trzy razy dziennie.
Stephen Curry
I raz jeszcze okazał się Midasem, który potrafi obrócić w złoto praktycznie wszystko. 81 par sneakersów z minionego sezonu – a być może to nawet nie wszystkie używane w tym czasie – poszło pod koniec kwietnia pod młotek podczas aukcji charytatywnej zorganizowanej przez szacowny dom aukcyjny Sotheby’s. W sumie wszystkie wystawione na sprzedaż buty zarobiły ponad 1,7 mln dol., jak skrzętnie wyliczył portal soleretriever.com, średnio 21 248 dol. za parę.
Oczywiście, widełki cenowe rozchylone były znacznie szerzej. 121 600 dol. musiał wysupłać nabywca sneakersów Nike Hyperdunk Christmas Day Steph PE, co było rekordem aukcji. Nike Kobe 6 Protro Mambacita sprzedały się za 76,8 tys. dol., Kobe 4 Protro CHBL – za 70,4 tys. Na drugim biegunie znalazły się Timbs – 3,2 tys. dol., a na szarym końcu: Brooks Cascadia 1 – 1792 dol.
– Zawsze wierzyłem, że każda para sneakersów opowiada jakąś historię – kusił przed aukcją Curry. – Ta kolekcja stanowi dla mnie unikalny rozdział mojej pracy z czasu, kiedy nie wiązała mnie żadna umowa z agencją. Od przejść tunelem (tunnel walks, czyli demonstracyjnego przejścia sportowca korytarzami obiektu w drodze do szatni – red.), przez rozgrzewki, po mecze w całym kraju, z radością spędzałem czas, pokazując światu tych graczy z branży, którzy odcisnęli na niej swoje piętno – tłumaczył koszykarz na swoich profilach w mediach społecznościowych. Pośrednio zaświadczył przy tym, że zainteresowanie kolekcjonowaniem sportowego obuwia wyszło dziś już daleko poza zbieranie memorabiliów.
Czytaj więcej
Koszulka, w której Michael Jordan zagrał swoje ostatnie finały w karierze w barwach chicagowskich byków trafi na aukcję w Sotheby’s.
Stopy bynajmniej nie procentowe
„W ostatnim czasie high-endowe sneakersy stały się popularnym aktywem kolekcjonerskim” – konkluduje poświęcony kolekcjonerstwu, szczególnie takiemu o inwestycyjnym charakterze, portal Benzinga.com. Zalicza on sneakersy do najgorętszych trendów kolekcjonerskich bieżącego roku. „Takie buty zwykle są z limitowanych serii, produkowane we współpracy z którymś z celebrytów lub związane z jakimś wydarzeniem o dużym znaczeniu popkulturowym. Przykładowo, oryginalne egzemplarze Air Jordan wciąż należą do najbardziej wartościowych butów na tym rynku” – zauważają autorzy zestawienia.
Oczywiście, sneakersy mają znacznie dłuższą historię, którą można by zacząć jeszcze gdzieś w drugiej połowie XIX wieku, kiedy sportowcy zaczęli szukać, projektować i zakładać obuwie przystosowane do uprawiania sportu, a z czasem – jego konkretnych dyscyplin. Sam termin „sneakers”, obok wielu innych, pojawił się m.in. w artykule opublikowanym w „Boston Journal” w 1887 r.: był tam „nazwą, którą chłopcy nadają swoim butom tenisowym”. Odzwierciedlała ona fakt, że te buty nie skrzypiały i „pozwalały przekraść się między przeciwnikami”.
Ale prawdziwy szał na sneakersy przyszedł dopiero w latach 80., wraz z sukcesami Michaela Jordana – wspomniana seria Air Jordan pojawiła się na rynku w 1985 r. – ale też pojawieniem się i błyskawicznym rozwojem sceny muzyki hip-hop. Kolebką był Nowy Jork ze swoją „sneakerhead culture”, młodzieżową subkulturą, w której sportowe buty stały się oznaką przynależności i przepustką do subkulturowych elit. To dzięki jej narodzinom odsprzedawanie butów – wszak nieraz używanych – nabrało sensu i wartości. W Polsce odpryskiem tego kulturowego fenomenu stało się przydeptywanie nowych butów przez kolegów z podwórka, co czytelnicy w wieku co najmniej średnim mogą doskonale pamiętać.
Oczywiście, nie był to jedyny z rytuałów subkulturowych, wiele z nich zapewne zostało już zapomnianych. Jasne jest natomiast to, że producenci obuwia – w latach 80. przede wszystkim Nike, Puma czy Adidas – niezwłocznie wskoczyli do tego pociągu i zaczęli dostarczać klientom coraz to nowe produkty odzwierciedlające bieżące trendy. W latach 90. na rynek, nomen omen, z przytupem wkroczyli azjatyccy producenci obuwia, a buty pojawiły się m.in. wśród miłośników skateboardingu czy gwiazd sceny, nawet bardzo ciężkiego, rocka. Z kolei XXI wiek to już rozkwit wszystkich modeli powstających „w kolaboracji”, lokowanych na rynku nawet przez marki, które wcześniej kojarzyły się z klasyczną elegancją i luksusem.
Klasyczny przykład: sygnowane przez Louisa Vuittona i Kanyego Westa sneakersy, które Derek Morrison wypatrzył w sklepie na lotnisku w 2009 r. Kosztowały 960 dol. i Morrisona ogarnęły wątpliwości – nie dość, że cena z kosmosu, to on jeszcze był w drodze na urlop, zapakowany „pod korek”. Odpuścił. – I do dziś nie mogę sobie tego wybaczyć – opowiadał w rozmowie z CNN dekadę później. Przede wszystkim z tego powodu, że taka sama para „poszła” właśnie na jednej z internetowych aukcji za 10 tys. dol., a sam Morrison pracuje dziś jako dyrektor platformy StockX zajmującej się sprzedażą (i odsprzedażą) sneakersów.
Czytaj więcej
Słynny dom aukcyjny Sotheby’s rozszerza zakres działalności – w ofercie, obok dzieł sztuki czy zegarków, pojawią się także buty sportowe. Będzie dr...
Buty nie na każdą kieszeń
Oczywiście, jak już dowiedzieliśmy się na przykładzie Curry’ego, to zaledwie przedsmak tego, co dzieje się na rynku. Wierzchołek stanowią memorabilia: weźmy choćby buty Converse z podpisem Michaela Jordana, których koszykarz użył podczas olimpiady w 1984 r. (190 tys. dol. na aukcji), czy należące do niego Nike Air Jordan 1 „z epoki” (615 tys. dol.). Ale bank rozbijają dziś inne gwiazdy, np. Kanye West, którego prototypowy egzemplarz Nike x Yeezys, przetestowany przez gwiazdora podczas rozdania nagród Grammy w 2008 r., zmienił właściciela w ramach prywatnej sprzedaży za, bagatela, 1,8 mln dol.
Można zakładać, że memorabilia stanowią fundament kolekcji Jordana Gellera – który w swoim czasie trafił z jej powodu do Księgi Rekordów Guinnessa – liczącej 2800 par butów o łącznej wartości dobijającej 100 mln dol. Inna jest zapewne struktura kolekcji Marka „Mayora” Farese, który zgromadził 3600 par butów, ale o wartości „zaledwie” 1 mln dol. Pod względem ilości wszystkich przebija zaś DJ Khaled, który posiada podobno 10 tys. par sneakersów o łącznej wartości około 8 mln dol. Dwaj ostatni zapewne budują swoje kolekcje na limitowanych edycjach nowych butów niż na pamiątkach. Na tym rynku funkcjonują też znane gwiazdy, jak celebrytka Kylie Jenner i aktor Mark Wahlberg (skądinąd znany niegdyś jako hip-hopowy artysta pod ksywką Marky Mark). Kolekcja Jenner wyceniana jest na milion dolarów, Wahlberg dysponuje skromnymi 100 tys. dol. „w butach”.
Tak czy inaczej celebryci i sportowcy – nawet całymi dniami zakładając i zdejmując w pośpiechu kolejne pary butów – nie zaspokoją zapotrzebowania rynku. Rynek nakręcają dane zebrane w 2024 r. przez Bank of America, z których wynika, że bogaci przedstawiciele Generacji Z i milenialsów są w znacznie większym stopniu zainteresowani kolekcjonowaniem – czy właściwie inwestowaniem w kolekcje – nietypowych przedmiotów, nieuchodzących za „poważne” aktywa. W tych grupach zainteresowanie (m.in. sneakersami, ale nie tylko: również alkoholami, biżuterią, zabawkami) sięga 94 proc., podczas gdy wśród Generacji X – 80 proc., a Baby Boomers – 57 proc.
Rynek wyciąga z tego daleko idące wnioski. Według agencji Zion Market Research jego wartość w globalnej skali wyniosła 92 mld dol. w 2024 r., ale już w 2034 r. ma sięgać 153,4 mld dol. Jaki kawałek tego tortu ma kolekcjonerski charakter? Cóż, w 2021 r. CNN szacowała, że obrót sneakersami w celach kolekcjonerskich może być globalnie wart 10 mld dol. Agencja Cowen Equity Research prorokuje, że w 2030 r. będzie to 30 mld dol. Można zatem zakładać, że producenci rychło będą wkładać więcej serca w limitowane, „celebryckie” modele niż w to, co trafi na nogi maluczkich.
Za trendem, ale tylko pozornie
Platformy sprzedażowe starają się nadążać za trendem. Najlepszym przykładem jest wspomniana StockX, której użytkownicy mogą wybierać zarówno wśród oferty sneakersów ze „standardowej” oferty, jak i uczestniczyć w licytowaniu rozmaitych białych kruków – w chwili powstania tego tekstu np. ceny pary Nike Dunk High Pro SB FLOM czy Nike SB Dunk Low Paris sięgały odpowiednio 21 810 i 18 335 dol. Aczkolwiek licytacje były w toku. Platforma pilnuje kalendarza pojawiania się na rynku nowych modeli, podrzuca sugestie „trendujących”, recenzuje i reklamuje.
Ale i eBay stara się nie pozostawać z tyłu. Gigant e-handlu wydzielił „kolekcjonerskie sneakersy” do osobnej kategorii – i tu można przebierać w ofertach, których wartość potrafi sięgnąć kilkudziesięciu tysięcy dolarów, a w przypadku dziecięcych „jordanów” z 1990 r. sprzedający życzy sobie 252 tys. euro. Kobiece Nike Air Jordan 3 Retro White Lucky Green po obniżce ceny można kupić za 74 tys. dol. Nike Air Jordan 4 Travis Scott Mocha Friends & Family to rarytas za jedyne 37 tys. dol.
Pod tym względem polski rynek wydaje się być „za trendem”. Na Allegro listę najdroższych sneakersów otwierają męskie buty Roberto Cavalli za 1499 zł, za którymi plasują się już dosyć standardowe, „sklepowe” oferty markowych butów po kilkaset złotych za parę. Kolekcjonerzy mają więcej do powiedzenia na OLX: tu listę otwiera oferta na całą – wartą dla sprzedającego 25 tys. zł – kolekcję sneakersów renomowanych firm (niestety, sprzedający nie podaje żadnych szczegółów co do stanu czy liczby par w tym zbiorze). Najdroższa pojedyncza para to Puma Aston Martin RedBull Racing Formula One Team – za 8700 zł. Do 5800 zł dobijają też ceny nowych butów z kolekcji firmy Prada, których związek z tradycyjnymi sneakersami jest jednak nieco bardziej umowny. Za 4 tys. zł można też wybierać między sneakersami Hermes Bouncing (nowymi) a Adidas x Jeremy Scott (używanymi).
Ale nasz rodzimy rynek kolekcjonerski już istnieje. Na Facebooku można znaleźć grupy tematyczne poświęcone sneakersom, do których należy od kilku do 40 tys. osób. Tam też pojawiają się oferty sprzedaży (i kupna) poszczególnych konkretnych modeli, nierzadko najwyraźniej starannie wyselekcjonowanych. Biorąc pod uwagę globalne trendy, rynek ten lada chwila zostanie dostrzeżony przez dużych graczy – i wtedy ceny mogą naprawdę wystrzelić. Szkoda będzie zakładać jakiekolwiek buty.