W obrocie gospodarczym brak jednoczesnej zapłaty w chwili świadczenia usługi lub dostarczenia towaru jest zjawiskiem całkowicie normalnym, a wręcz pożądanym z perspektywy stymulowania sprzedaży. W świecie finansów i prawa mechanizm ten nazywa się kredytem kupieckim lub po prostu odroczonym terminem płatności. To standardowe narzędzie, które napędza płynność finansową firm, pozwalając odbiorcom towarów i usług na wygenerowanie przychodu z zakupionego asortymentu jeszcze przed koniecznością uregulowania zobowiązania wobec dostawcy. Kredyt kupiecki ma jednak swoją bardzo ciemną stronę, która dla wielu przedsiębiorstw staje się pułapką bez wyjścia. Oczekiwanie na zarobione pieniądze to od lat największy ból głowy sektora małych i średnich przedsiębiorstw (MŚP) w Polsce. Brak dyscypliny płatniczej ze strony kontrahentów generuje dwa potężne problemy, które potrafią zachwiać stabilnością nawet najlepiej zarządzanej organizacji.
Uwaga na podatki
Pierwszym z nich jest pułapka podatkowa. W polskim systemie prawno-podatkowym obowiązek podatkowy w podatku dochodowym (PIT/CIT) oraz w podatku od towarów i usług (VAT) powstaje najczęściej w momencie wykonania usługi lub wydania towaru, a nie w chwili fizycznego otrzymania przelewu na konto bankowe. W praktyce oznacza to, że przedsiębiorca, który wystawił fakturę z 60-dniowym terminem płatności, musi odprowadzić podatki do urzędu skarbowego na długo przed tym, jak sam zobaczy te pieniądze. Finansuje on zatem państwo z własnej kieszeni, kredytując jednocześnie kontrahenta. Choć istnieją takie mechanizmy jak „ulga na złe długi”, to można z nich skorzystać dopiero po upływie określonego czasu (najczęściej 90 dni od terminu płatności), co nie rozwiązuje problemu natychmiastowej potrzeby opłacenia danin publicznych.
Zatory w płatnościach
Drugim, jeszcze groźniejszym zjawiskiem są zatory płatnicze i utrata płynności finansowej wywołana tzw. efektem domina. W ekosystemie gospodarczym firmy są ze sobą ściśle powiązane siecią zależności. Brak płatności od jednego dużego kontrahenta natychmiast pozbawia dostawcę środków na opłacenie jego własnych podwykonawców, ZUS-u, pensji pracowniczych czy rat leasingowych. W ten sposób problem jednego podmiotu rozlewa się na kilkanaście innych. Historia gospodarcza zna tysiące przypadków, w których małe lub średnie firmy bankrutowały nie dlatego, że brakowało im klientów lub miały złą ofertę, ale dlatego, że straciły płynność. Na papierze, w księgach rachunkowych i na wystawionych fakturach przedsiębiorstwa te były niezwykle rentowne. W rzeczywistości ich konta bankowe były puste, co uniemożliwiało bieżące funkcjonowanie.
W sytuacji, gdy terminowa płatność nie nadchodzi, a czas oczekiwania minął, przedsiębiorca staje przed koniecznością uruchomienia procedury windykacyjnej. Windykacja to ogół czynności prawnych, faktycznych i procesowych, które zmierzają do zmuszenia dłużnika do zapłaty należności. Wiele osób błędnie zakłada, że proces ten rozpoczyna się dopiero w sądzie. W rzeczywistości windykacja dzieli się na etapy:
- windykacja polubowna (miękka): wysyłanie monitów, kontakt telefoniczny, negocjacje, restrukturyzacja długu;
- windykacja sądowa (twarda): złożenie pozwu, uzyskanie nakazu zapłaty lub wyroku;
- windykacja egzekucyjna: skierowanie sprawy do komornika.
Samo podjęcie tych działań generuje koszty, które dzielą się na bezpośrednie i pośrednie. Koszty bezpośrednie są łatwe do uchwycenia – to opłaty za pomoc prawną adwokata lub radcy prawnego, prowizje dla zewnętrznych firm windykacyjnych, opłaty sądowe, skarbowe oraz koszty korespondencji. Istnieje jednak cała kategoria kosztów pośrednich, związanych z zaangażowaniem wewnętrznych zasobów organizacji. Przedsiębiorca lub jego pracownicy zamiast skupiać się na rozwoju biznesu, pozyskiwaniu nowych rynków czy ulepszaniu produktów, tracą cenne godziny na telefony do dłużnika, pisanie wezwań do zapłaty i analizowanie wyciągów bankowych. Czas ten, w przeliczeniu na roboczogodziny, stanowi realną stratę finansową. Co gorsza, koszty te są niezwykle trudne do precyzyjnego udokumentowania przed sądem na zasadach ogólnych kodeksu cywilnego, co historycznie stawiało wierzycieli w bardzo niekorzystnej pozycji.
Pomóc może faktoring
Rynek finansowy wykształcił rozmaite narzędzia obronne. Jednym z najpopularniejszych i najszybciej rozwijających się jest faktoring. Istota faktoringu polega na tym, że przedsiębiorca nie czeka 30, 60 czy 90 dni na przelew od swojego klienta. Zaraz po wykonaniu usługi i wystawieniu faktury sprzedaje on tę wierzytelność wyspecjalizowanej instytucji finansowej – faktorowi. Faktor wypłaca przedsiębiorcy większość kwoty widniejącej na fakturze (z reguły jest to od 80 proc. do nawet 90 proc. wartości brutto) niemal natychmiast, często w ciągu 24 godzin od zgłoszenia. Pozostała część kwoty, pomniejszona o prowizję i odsetki faktoringowe, jest przelewana na konto firmy, w momencie gdy kontrahent ostatecznie ureguluje swój rachunek wobec faktora.
Warto pamiętać, że faktoring występuje w dwóch głównych odmianach:
- faktoring pełny (właściwy): w którym faktor przejmuje na siebie pełne ryzyko ewentualnej niewypłacalności dłużnika;
- faktoring niepełny (niewłaściwy): gdzie w przypadku trwałego braku zapłaty ze strony kontrahenta przedsiębiorca musi zwrócić faktorowi wypłaconą wcześniej zaliczkę.
Faktoring nie jest jednak usługą darmową i wiąże się z koniecznością oddania części marży. Ponadto nie każdą wierzytelność da się sfinansować – firmy faktoringowe dokładnie badają kondycję finansową zgłaszanych dłużników i mogą odmówić finansowania podmiotów o złej historii kredytowej.
Działania w celu systemowego zwalczania zatorów płatniczych oraz wymuszenia na przedsiębiorcach terminowego regulowania zobowiązań podejmuje również ustawodawca. Głównym źródłem regulacji w tym zakresie na gruncie prawa polskiego jest ustawa z dnia 8 marca 2013 r. o przeciwdziałaniu nadmiernym opóźnieniom w transakcjach handlowych (będąca implementacją dyrektywy Parlamentu Europejskiego i Rady 2011/7/UE). Ustawodawca wprowadził do porządku prawnego szczególny rodzaj sankcji – zryczałtowane odszkodowanie za koszty odzyskiwania należności.
Odszkodowanie za brak płatności
Mechanizm ten został zaprojektowany jako odpowiedź na wspomniane wcześniej trudności z dowodzeniem i wyliczaniem kosztów miękkiej windykacji wewnątrz firmy. Przedsiębiorcy, który nie otrzymał zapłaty w terminie określonym w umowie lub na fakturze, przysługuje prawo do żądania od dłużnika zryczałtowanej kwoty. Rekompensata ta ma charakter absolutny. Przysługuje wierzycielowi z mocy samego prawa od dnia następującego po dniu ustalonym jako termin płatności. Wierzyciel nie musi udowadniać, że poniósł jakikolwiek koszt, nie musi wykazywać szkody ani załączać faktur za telefon czy paliwo. Co więcej, dłużnik nie może zwolnić się z tego obowiązku, wykazując, że wierzyciel nie podjął żadnych działań windykacyjnych. Wysokość tego odszkodowania jest sztywno powiązana z wartością transakcji handlowej (wartością świadczenia pieniężnego, najczęściej kwotą brutto z faktury) i wynosi w przeliczeniu na walutę polską (według średniego kursu euro ogłoszonego przez Narodowy Bank Polski z ostatniego dnia roboczego miesiąca poprzedzającego miesiąc, w którym świadczenie pieniężne stało się wymagalne):
Warto podkreślić, że zgodnie z dominującą i ugruntowaną linią orzeczniczą kwoty te przysługują od każdej niezapłaconej w terminie faktury, a nie od całej umowy, jeśli strony umówiły się na płatności częściowe lub wystawianie faktur okresowych. Jeśli więc kontrahent spóźni się z zapłatą za dziesięć faktur wystawionych w ramach jednego kontraktu, z których każda opiewa na kwotę np. 2000 zł, wierzyciel ma prawo domagać się dziesięciokrotności kwoty 40 euro, czyli łącznie 400 euro.
Dodatkowym atutem tego rozwiązania jest fakt, że roszczenie o rekompensatę przedawnia się na zasadach ogólnych dla roszczeń związanych z prowadzeniem działalności gospodarczej, czyli z upływem trzech lat. Pozwala to firmom na kumulowanie tych roszczeń i dochodzenie ich seryjnie, np. przy zakończeniu współpracy z danym, stale spóźniającym się klientem. Choć jednostkowo kwoty te nie wydają się zawrotne, stanowią realne ułatwienie: zdejmują z wierzyciela ciężar dowodowy w sądzie, a dla dłużnika generują dodatkowy koszt, który ma go motywować do szybszego kliknięcia przycisku „wykonaj przelew”.
Reforma i waloryzacja
Mimo niewątpliwie dobrych intencji twórców ustawy obecne stawki ryczałtowe (40, 70 i 100 euro) w realiach współczesnej gospodarki i wysokiej inflacji straciły swoją pierwotną funkcję dyscyplinującą i kompensacyjną. System ten pilnie wymaga głębokiej reformy strukturalnej oraz waloryzacji. Kwota 100 euro (czyli niewiele ponad 400 zł) rekompensaty w sytuacji, gdy duży kontrahent spóźnia się z zapłatą faktury opiewającej na 200 000 zł czy pół miliona, brzmi po prostu niepoważnie. Dla wielkiej korporacji lub zamożnego przedsiębiorcy perspektywa zapłacenia dodatkowych kilkuset złotych nie stanowi żadnego straszaka. Z perspektywy ekonomicznej bardziej opłaca im się kredytować własną działalność kosztem małego dostawcy i przetrzymywać jego pieniądze na lokatach lub obracać nimi w biznesie, ponieważ zysk z takiego obrotu znacznie przewyższa ustawową karę wraz z odsetkami. Obecne przepisy paradoksalnie sankcjonują asymetrię rynkową pomiędzy wielkimi graczami a sektorem MŚP.
Zdecydowanie bardziej efektywnym i sprawiedliwym rozwiązaniem byłoby odejście od sztywnych progów kwotowych na rzecz systemu proporcjonalnego. Odszkodowanie za koszty odzyskiwania należności powinno być wyrażone jako określony procent wartości zaległości – na przykład w przedziale od 5 proc. do 10 proc. kwoty brutto z faktury. Przy fakturze na 100 000 zł widmo zapłaty dodatkowych 5000 lub 10 000 zł zryczałtowanej rekompensaty stanowiłoby już realną barierę ekonomiczną dla dłużnika i skutecznie zniechęcało do celowego opóźniania płatności.
autor: Waldemar Szubert, radca prawny, Kancelaria Radców Prawnych Ryszewski, Szubierajski sp.k.