Od Azerbejdżanu po Tadżykistan załamanie rosyjskiej gospodarki doprowadziło do rozruchów, aresztowań wśród resztek opozycji, ale i prób reformowania struktur politycznych.
Wszystkie kraje sąsiadujące od południa z Rosją uzależnione są od cen surowców energetycznych wydobywanych u siebie oraz rosyjskiego rynku (który też się zachwiał), z którym są zintegrowane w mniejszym lub większym stopniu. „W tych państwach trwa konsolidacja reżimów (wokół prezydentów), dyscyplinowanie poszczególnych klanów związanych z organami władzy, a w niektórych użyto przemocy (dla stłumienia społecznego niezadowolenia)" – podsumowuje moskiewski ekspert ze szkoły dyplomatycznej MGIMO Andriej Kazancew.
Policji, a nawet oddziałów wojska, użyto w Azerbejdżanie do walki z manifestantami, którzy na początku stycznia wyszli na ulice pięciu tamtejszych miast. Pół roku wcześniej prezydent Tadżykistanu wysłał oddziały wojska do stłumienia rebelii rozpoczętej przez wiceministra obrony. Emomali Rachmon obawiał się, że w szybko pogarszającej się sytuacji gospodarczej bunt mógłby przerodzić się w masowe rozruchy. Nie do końca jasna jest sytuacja w Uzbekistanie, rządzonym po dyktatorsku przez Islama Karimowa. Pod koniec ubiegłego roku władze ogłosiły tam „wzmocnienie dyscypliny społecznej", co zaowocowało nieformalną godziną policyjną w stolicy kraju Taszkiencie (od godziny 23) i masowymi rewizjami w miejscach, gdzie można dostać tani nocleg. Nie wiadomo, co spowodowało tak gwałtowną reakcję władz.
W trzech państwach graniczących z Afganistanem (Tadżykistanie, Turkmenistanie oraz Uzbekistanie) władze twierdzą, że są zagrożone przez radykalnych islamistów z sąsiedniego kraju, ale brak jest informacji to potwierdzających.
Spadek cen ropy i załamanie rosyjskiego rynku doprowadził też do katastrofy waluty narodowe. We wszystkich tych państwach władze podjęły decyzję o ograniczeniu ich wymiany (nawet na ruble), całkowitym zawieszeniu wymienialności (Turkmenistan, Uzbekistan) lub zakazie wywozu walut wymienialnych za granicę (Azerbejdżan). W Turkmenistanie wyjeżdżający z kraju nie dostają walut, jedynie rodzaj karty kredytowej, której można używać tylko za granicą. Chaos decyzyjny w organach władzy i szybko zmieniające się zarządzenia powodują, że podróżujący nie wiedzą, ile pieniędzy mają na otrzymanych kartach.
Zniesienie w zeszłym tygodniu amerykańskich sankcji wobec Iranu i powrót Teheranu na naftowe rynki oznacza dla znękanych państw Azji Środkowej kolejną spiralę kryzysu gospodarczego. Przygotowując się do niego, w prawie wszystkich krajach prezydenci ogłosili początek zmian politycznych (z wyjątkiem Azerbejdżanu). Nawet w rządzonym po dyktatorsku Turkmenistanie Gurbanguły Berdymuchamedow zapowiedział zmiany w konstytucji, które przedłużą jego prezydencką kadencję, ale i zwiększą pełnomocnictwa lokalnych władz. Władze Kazachstanu zapowiedziały przedterminowe wybory parlamentarne. W Tadżykistanie rządzący od 11 lat prezydent Emomali Rachmon (idąc za przykładem przywódcy Kazachstanu Nursułtana Nazarbajewa) już wcześniej ogłosił się dożywotnim „przywódcą narodu". Teraz zaczął przygotowywać przekazanie władzy jednemu ze swoich synów.
Wszystkie kraje zaczęły też rozluźniać swoje związki z Rosją. Miejscowe elity poczuły się bowiem oszukane. Od początku trzeciej kadencji Władimira Putina rosyjscy eksperci prognozowali światowy kryzys gospodarczy na przełomie lat 2014/2015. „Integracja gospodarcza jest jedynym sposobem ratowania narodowych gospodarek. (...) Rosja wystąpi jako centrum ratującej region integracji" – zapewniali na przykład w 2012 roku eksperci MGIMO.
Sugestywna wizja kryzysu sprawiła, że część z nich zgłosiła akces do różnych rosyjskich projektów integracyjnych. Teraz jednak, mając własne kłopoty, Moskwa zawiesiła pomoc gospodarczą dla sąsiednich państw. Odmawia nawet udzielenia wcześniej wynegocjowanych kredytów.
Zobacz także:
Kampania PiS w Europarlamencie