Hałas, ale i dźwięki, których nie słychać, a mają wpływ na ludzi, ingerencja w krajobraz – to one powodują, że inwestycje w energetykę wiatrową napotykają w wielu miejscach opór. I na te aspekty zwróciła uwagę Najwyższa Izba Kontroli w ostatnim raporcie o energetyce wiatrowej. Wskazała też, że konieczne jest m.in. określenie w prawie dopuszczalnej odległości farm wiatrowych od siedlisk i zabudowań ludzkich. We wnioskach do raportu wskazała, że konieczne jest także opracowanie jednolitej metodologii pomiaru emisji hałasu wytwarzanego przez elektrownie wiatrowe.
Odległość i hałas zależą od siebie. Im dalej stanie wiatrak od zabudowań, tym mniejsza uciążliwość dla mieszkańców. W prawie jest jednak luka, co jeszcze przed NIK zauważył Naczelny Sąd Administracyjny. Wskazał, że przepisy nie określają minimalnej odległości turbin od zabudowań. Czy da się jednak pogodzić interesy obywateli, urzędników i inwestorów?
– Tak. Lokalizowanie takich inwestycji w bezpiecznej odległości jest ważne i dla inwestorów, i dla mieszkańców gminy, w której ma być prowadzone przedsięwzięcie. Inwestor nie chce mieć problemów z mieszkańcami i płacić im np. odszkodowań. A osoby mieszkające w pobliżu chcą uniknąć uciążliwości związanej z funkcjonowaniem elektrowni wiatrowej – mówi Maciej Kruś, radca prawny w kancelarii SSW Spaczyński Szczepaniak i Wspólnicy.
Tymczasem w Sejmie trwają prace nad poselskim projektem nowelizacji prawa budowlanego oraz ustawy o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym, który przewiduje lokalizowanie turbin wiatrowych nie bliżej niż 3 km od zabudowań. Posłowie PiS chcą w ten sposób zminimalizować ich niekorzystny wpływ na zdrowie osób mieszkających w pobliżu.
– Wprowadzanie sztywnych odległości nie jest dobrym rozwiązaniem – ocenia Maciej Kruś. Tłumaczy, że najpierw należy przeprowadzić rzetelne badania uciążliwości elektrowni wiatrowych. I na ich podstawie dopiero ustalić normy np. hałasu czy infradźwięków, które będą pozwalały określić bezpieczną lokalizację takich inwestycji.