Są profesje i sektory, w których pracodawcy zatrudniają przede wszystkim cudzoziemców. Dotyczy to branży rolniczej, budowlanej, usług porządkowych czy gastronomii. Również spora część specjalistów o wysokich kwalifikacjach z zagranicy jest pożądana przez polskie firmy. Są to lekarze, rehabilitanci czy nauczyciele akademiccy z tytułami profesorskimi.
Kierunek migracji od lat jest niezmienny. Największy jest napływ pracowników z Ukrainy i Białorusi. Coraz więcej pojawia się też pracowników z Azji – Chin, Wietnamu czy Filipin. Zachęcająca przyczyna jest jedna – płace i elastyczność zatrudnienia.
Głównym powodem przyjmowania do pracy w ogrodnictwie obywateli Ukrainy jest problem ze znalezieniem polskich pracowników. Stawka netto 7–8 zł za godzinę nie jest zbyt atrakcyjna dla Polaków, nie ma też mowy o stabilizacji zatrudnienia (ograniczone jest sezonem), a ponadto praca ta wymaga ogromnego wysiłku fizycznego i częstego pozostawania po godzinach. Nasi rodacy chętnie pracują w ogrodnictwie... ale za zachodnią granicą, gdzie płaca jest co najmniej dwa razy wyższa.
Brak relatywnie taniej siły roboczej ze Wschodu budzi obawy naszych sadowników. Intensywnie informują, że deficyt pracowników z zagranicy może być zagrożeniem dla upraw oraz zbiorów warzyw i owoców. W ostatnim czasie ustawodawca wyszedł ich oczekiwaniom naprzeciw.
Obecnie łatwiej uzyskać wizę. Natomiast tryb uzyskania pozwolenia na pracę dla obywateli Republiki Białorusi, Republiki Gruzji, Republiki Mołdowy, Federacji Rosyjskiej lub Ukrainy, wykonujących w Polsce pracę przez okres nie dłuższy niż 6 miesięcy w ciągu kolejnych 12 miesięcy, został ograniczony do powiadomienia urzędu pracy o zamiarze zatrudnienia cudzoziemca. W piśmie należy wymienić jedynie: