O administracji publicznej najczęściej mówimy w kontekście jej wad i dysfunkcjonalności, zaś samych ludzi pracujących w sferze publicznej zdarza się często posądzać o korupcję, protekcję czy nepotyzm. Słowo „urzędnik” w III RP nadal nie ma zbyt wielu pozytywnych konotacji, a władza dyskrecjonalna organów administracji publicznej stanowi niewyczerpane źródło inspiracji dla interwencyjnych programów telewizyjnych. Mój ponad dziesięcioletni staż w administracji publicznej pozwala mi stwierdzić, że hasło, aby w centrum administracji był człowiek, wciąż pozostaje aktualne. Daleki jestem jednak od wiecznego polskiego narzekania, które zakłada, że było źle, jest źle i będzie jeszcze gorzej. Na przestrzeni ostatnich lat dokonał się przełom w cyfryzacji usług publicznych, pozwalający załatwić wiele spraw bez wychodzenia z domu. Zdążyliśmy się do tego przyzwyczaić. Podpis kwalifikowany i profil zaufany na stałe zagościły w relacji obywatel-urzędnik. Nie wspomnę o poręcznej i przydatnej aplikacji mObywatel. Tymczasem w Niemczech wciąż dominuje analogowe załatwianie spraw i podpis odręczny.