Werdykt Trybunału Konstytucyjnego nakazujący ustąpić ze stanowiska p.o. premiera Yingluck Shinawatrze za „nadużycie władzy" w 2011 r., czyli za zdymisjonowanie szefa Rady Bezpieczeństwa Narodowego nominowanego przez jej poprzedników, może na nowo rozpalić konflikt polityczny i kryzys rynkowy w Tajlandii.
Kryzys ten sprawił, że jeszcze na początku roku Tajlandia była wymieniana w zachodnich mediach jednym tchem obok Ukrainy. W obu krajach doszło do gwałtownych protestów przeciwko rządowi, co kwalifikowało te tak różne państwa do roli kryzysowych ognisk zapalnych na rynkach wschodzących.
Na tym jednak podobieństwa się kończą, bo inaczej w tych tak odległych od siebie krajach rozwinęła się sytuacja. Mimo politycznej niepewności w Bangkoku panuje dziś spokój. Protesty już dawno przeniosły się tam z głównych ulic do parków i potem rozpłynęły w betonowych dzielnicach tej azjatyckiej metropolii. Gdy niedawno chodziłem ulicami tego miasta o zaciętej walce politycznej przypominały plakaty nieusunięte po kampanii wyborczej i wlepki zachęcające do bojkotu głosowania. A jeszcze niedawno opozycja blokowała centrum miasta i okupowała budynki rządowe. Przez ponad dwa miesiące panował tu stan wyjątkowy. Teraz jest normalnie. Tylko od czasu do czasu miejscowi sprzedawcy i restauratorzy narzekali mi, że jest mniej turystów niż było rok wcześniej.
– Protesty wielu z nich odstraszyły – przyznaje jeden z nich.
Stolica Tajlandii żyje jak dawniej.