Izraelczycy powtarzają, że otacza ich “morze wrogów”, że toczą samotną walkę przeciwko całemu regionowi. Arabowie zaś szczycą się tym, że stanowią zwarty monolit skierowany przeciw “syjonistycznej ekspansji”. Rzeczywistość jest jednak bardziej skomplikowana. Chociaż oficjalnie obie strony wyzywają siebie od “okupantów” i “terrorystów”, Izrael i część państw arabskich łączy wspólnota interesów.
– Wszystko zaczęło się wraz ze wzrostem potęgi perskiego Iranu, który rości sobie prawa do hegemonii w regionie. To zaniepokoiło nie tylko nas, ale również Arabów – mówi “Rz” izraelski politolog profesor Hillel Frisch. – Iran i sprzymierzona z nim Syria coraz silniej wspierają radykalne ruchy islamskie. Ruchy, które są największym zagrożeniem dla świeckich arabskich reżimów i monarchii. Izrael nie obali arabskich królów ani prezydentów, nie przejmie w ich krajach władzy, a islamscy fundamentaliści – jak najbardziej – dodaje.
W regionie zaczęły się kształtować dwa nieformalne bloki. Jeden wokół Iranu i Syrii – ostatnio dołączyła do niego zawiedziona fiaskiem swych europejskich aspiracji Turcja – a drugi wokół Izraela, Jordanii i Egiptu. Oba te kraje łączą z państwem żydowskim traktaty pokojowe i nieoficjalnie blisko z nim współpracują. Na przykład jordańskie służby ramię w ramię z Mossadem zwalczają al Kaidę i inne ugrupowania muzułmańskich ekstremistów.
[srodtytul]Obawy przed Iranem[/srodtytul]
Wygląda na to, że do arabsko-żydowskiego bloku dołącza Arabia Saudyjska. Jak napisał brytyjski “Times”, Rijad zgodził się na przepuszczenie nad swoim terytorium izraelskich samolotów w razie ataku na irańskie ośrodki atomowe. Mało tego, przeprowadził już symulację takiego manewru, dezaktywując na pewien czas cały swój system obrony powietrznej.