– W archiwach nie ma żadnych śladów tego, by ci ludzie rzeczywiście zostali poddani selekcji. Najprawdopodobniej pomysł pani Meir pozostał na papierze – mówi „Rz” prof. Szymon Rudnicki, który na trop listu wpadł podczas pracy nad wyborem dokumentów „Stosunki polsko- izraelskie (1945 – 1967)”. – Mimo to jest to dla Izraelczyków bardzo nieprzyjemna sprawa. Konotacja słowa „selekcja” jest oczywista – dodaje.
Większość Żydów, którzy wyjechali w latach 50. z Polski, to ludzie ocaleli z Holokaustu. Na złą kondycję fizyczną części z nich mógł mieć wpływ pobyt w niemieckich obozach koncentracyjnych.
– Razem z mamą wyjechałyśmy w 1956 roku. Wraz z nami do Izraela przyjechały jej koleżanki, które w Auschwitz padły ofiarą eksperymentów medycznych doktora Mengele. Gdy myślę, że Izraelczycy mogliby poddać je selekcji i nie wpuścić, włos jeży mi się na głowie – mówi „Rz” Lili Galili, izraelska dziennikarka polskiego pochodzenia, która opisała sprawę listu Goldy Meir w dzienniku „Haarec”. – Całe szczęście, że żadnych selekcji nie było.
Tego samego zdania jest izraelski historyk Israel Gutman, z którym Szymon Rudnicki konsultował się w sprawie listu. – Ja byłem już wówczas w Izraelu i gdyby dokonywano takiej selekcji, na pewno bym o tym wiedział. Jednak sam fakt, że taki projekt się zrodził, jest szokujący. Gdyby nie ten list, nigdy bym w to nie uwierzył – podkreślił w rozmowie z „Rz”.
Dlaczego jednak szefowa izraelskiej dyplomacji wpadła na ten makabryczny pomysł? Zdaniem Gutmana prawdopodobnie chodziło o względy ekonomiczne.
– To było wówczas bardzo biedne państwo. Izrael miał zaledwie dziesięć lat. Meir widocznie uznała, że potrzebni są nam tylko robotnicy w pełni sił i wykwalifikowani specjaliści. Chorzy, starsi ludzie, których trzeba leczyć i płacić im emerytury, byli dla niej obciążeniem dla budżetu – mówi historyk.