Badania opinii publicznej wskazywały, że po wyborach Indiami rządzić będzie słaba, mozaikowa koalicja. Ani Indyjski Kongres Narodowy, licząca prawie 125 lat partia, która przez ostatnie pięć lat stała na czele rządu, ani główna opozycyjna Indyjska Partia Ludowa nie rysowały się jako zdecydowani zwycięzcy. Tymczasem już po godzinie liczenia głosów w sobotę wiadomo było, że Kongres zdobył mocną pozycję lidera – ma 201 mandatów w liczącym 543 miejsca parlamencie. To najlepszy wynik od 1991 r. Na wyniki wyborów optymistycznie zareagował rynek – zwyżkuje bombajska giełda, a ekonomiści zapowiadają, że mimo globalnego spowolnienia Indie mogą być pewne stabilnego wzrostu.
[srodtytul]Dobry czas dla Indii[/srodtytul]
Ostatnie pięć lat pod rządami Manmohana Singha – technokraty i autora reformy finansowej z 1991 r. – to najlepszy czas w historii indyjskiej gospodarki. Dlatego Kongres odniósł spektakularny sukces. Partia szła do wyborów, obiecując więcej reform i szybszy rozwój, ale także zabezpieczenia dla najuboższych: gwarancję zatrudnienia i tani ryż. Kongres raz jeszcze zdołał przekonać wyborców, że jest partią zwykłych ludzi i dba o interesy wszystkich: dynamicznych biznesmenów, zadłużonych rolników i muzułmanów, skarżących się na gorszą niż hindusi sytuację finansową.
[srodtytul]Polityczne tsunami[/srodtytul]
Skalę sukcesu partii oddaje rozmiar porażki głównych rywali. Partia Ludowa wraz z sojusznikami zdobyła o 100 miejsc mniej. Jej lider Arun Jaitley był zszokowany: – To wynik znacznie poniżej oczekiwań. Najwyraźniej coś poszło nie tak – komentował. Klęskę ponieśli też komuniści od trzech dekad rządzący w Bengalu Zachodnim i Kerali.