Dla mnie najważniejszą kwestią jest transpozycja dyrektywy, która nie wyłamie jej zębów i nie naruszy jej filozofii. Ten akt bardzo dobrze balansuje pomiędzy interesem pracodawcy i pracownika. Z jednej strony daje ochronę pracownikowi, a z drugiej zobowiązuje go do tego, żeby dbał o dobre imię firmy. Sygnalista nie może np. pójść od razu do mediów. Jest cała procedura wewnętrzna, potem instytucje państwa, a dopiero na końcu forum publiczne. Pracodawca natomiast ma obowiązek badać zgłoszenia w sposób rzetelny i nie może stosować działań represyjnych związanych ze zgłoszeniami. Dlatego tak ważna jest jej odpowiednia implementacja. Co do podmiotu, który miałby przyjmować zgłoszenia zewnętrzne, to w mojej ocenie bardziej adekwatny byłby jednak rzecznik praw obywatelskich. Uruchomienie specjalnej instytucji, która miałaby zajmować się takimi zgłoszeniami, budzi uzasadnione wątpliwości. Myślę, że w tej roli najlepiej sprawdziłby się właśnie RPO. Przyjmowałby te zgłoszenia, które wchodziłyby w zakres jego działalności, a resztę przekazywałby do właściwych rzeczowo instytucji. Być może sceptycyzm rzecznika co do przejęcia tych obowiązków mogła budzić potencjalna skala tych skarg. Za takim rozwiązaniem musiałyby iść odpowiednie środki. Z kolei Państwowa Inspekcja Pracy na co dzień zajmuje się pracownikami. A oni stanowią w Polsce mniej niż połowę osób aktywnych zawodowo. Dyrektywa przewiduje natomiast, że ochrona powinna objąć wszystkich zatrudnionych. Dlatego kluczowe w krajowych przepisach będzie właściwe określenie kręgu osób nimi objętych.
Toczyła się też dyskusja, czy służby mundurowe i żołnierze powinni zostać objęci nowymi regulacjami. Na różnych etapach procedowania projektu byli oni w nim uwzględniani bądź też nie. A jak powinno być?
Popatrzyłabym na specyfikę służb mundurowych, ich rolę w społeczeństwie, a także skalę uprawnień i środków, którymi dysponują. Uważam, że to wszystko przemawia jako argument na rzecz tego, żeby takie osoby zostały objęte ochroną dyrektywy. Regularnie przecież słyszymy o naruszeniach praw człowieka, np. o wydobywaniu zeznań od osób, które nie były nawet oficjalnie podejrzane. Rozumiem, że prawdopodobnie są to historie jednostkowe, ale i tak nie powinny się zdarzać. Objęcie funkcjonariuszy ochroną dyrektywy może odbić się również korzystnie na samych służbach, to jest ich wizerunku oraz wewnętrznej odpowiedzialności i kulturze poszczególnych formacji.
Wątpliwości były też związane z doprecyzowaniem kwestii wydawania zaświadczeń o byciu sygnalistą dla osób kierujących zgłoszenia zewnętrzne (do właściwych organów). Zgłaszający, który chce je otrzymać, musiałby złożyć oświadczenie pod rygorem odpowiedzialności za fałszywe zeznania, iż informacja o naruszeniu prawa, będąca przedmiotem zgłoszenia, była prawdziwa w momencie, gdy o niej informował. Czy nie wywoła to efektu mrożącego?
Dyrektywa jest oparta m.in. na doświadczeniach brytyjskich. Pod koniec lat 90. uchwalono tam Public Interest Disclosure Act. Było to po serii skandali dotyczących m.in. upadłości banku, katastrofy promu czy wybuchu platformy wiertniczej. W każdej z tych historii okazywało się, że pracownicy wiedzieli, że coś jest nie tak, ale nie było klimatu, żeby z kimś o tym porozmawiać. Dlatego jedną z takich kluczowych zasad, wynikających z dyrektywy, jest to, żeby nie oczekiwać, że pracownik udowodni, iż to, co mówi, jest prawdą. Ma działać po prostu w dobrej wierze, tzn. że będzie miał uzasadnione podstawy sądzić, że to, co zgłasza, jest prawdą. Nawet jeżeli potem okaże się, że to zgłoszenie się nie potwierdziło. Koncepcja zaświadczenia, że ktoś właśnie został sygnalistą, wypacza sens dyrektywy. Ochrony osoby działającej w interesie społecznym nie można nadmiernie formalizować, bo oczywiście spowoduje to efekt mrożący. Czy ktoś był sygnalistą, a więc działał w granicach prawa, powinien oceniać sąd.