Tak wynika z wyroku Sąd Apelacyjny w Białymstoku z 5 marca 2015 r. (I ACa 854/14).
Beata R. przez dziesięć lat żyła w nieformalnym związku z Wolfgangiem K. Gdy się poznali ona mieszkała z rodzicami na wsi i hodowała cielęta. On przyjechał z Niemiec. Kończył właśnie załatwianie formalności związanych z zezwoleniem na zakup nieruchomości i zgodą na prowadzenie działalności gospodarczej na terenie Polski. Chciał produkować tutaj meble i eksportować je do Niemiec.
Była od wszystkiego
Beata R. twierdziła, że bardzo mu pomagała. Nie tylko prowadziła dom i zajmowała się synem obojga, ale także czynnie udzielała się przy rozkręceniu i prowadzeniu biznesu. Wykonywała prace na rzecz spółki Wolfganga K., a nawet zarządzała nią faktycznie, gdy on wyjeżdżał do Niemiec. Formalnie była w tej spółce zatrudniona jako pracownik biurowy, lecz zajmowała się różnymi sprawami: nadzorowała remont firmowych budynków, sprawdzała obecność pracowników w pracy, rozliczała ich z czasu pracy, rozdzielała im obowiązki, wypłacała wynagrodzenie za pracę, zajmowała się zaopatrzeniem, przyjmowała towar od dostawców, kosiła trawnik, odśnieżała plac, a po nauczeniu się języka niemieckiego, zastąpiła zwolnionego z firmy tłumacza. Gdy konkubent założył sklep z antykami, pomagała przy jego otwarciu i rozreklamowaniu.
Początkowo etat Beaty R. był finansowany przez urząd pracy. Potem – jak twierdziła – nie otrzymywała wynagrodzenia za swoją pracę, a na jej konto wpływały jedynie zasiłki z ZUS. Do ręki dostawała od partnera pieniądze na utrzymanie domu i wyżywienie – od 400 do 1000 zł miesięcznie.
Gdy związek konkubencki się rozpadł, Wolfgang K. pozwolił Beacie R. mieszkać w domu należącym do jego spółki i płacił dobrowolne alimenty na syna. Wzajemne relacje były początkowo dobre. Popsuły się, gdy Beata R. uznała, że były partner wzbogacił się kosztem jej darmowej pracy i wezwała go do zapłaty 400 tys. zł, m.in. z tytułu zarządzania jego spółką. Wkrótce spór zawiódł oboje do sądu.