Kilka dni temu w jednym z warszawskich sklepów kierownik wezwał personel i zaznaczył, by wszyscy zabrali ze sobą dowody osobiste.
– Kierownik zażądał od nas podpisu na liście poparcia dla kandydata na posła – zdradza nam pracownik sklepu, który chce zachować anonimowość. – Gdy odmówiłem, zaczął mnie wypytywać, dlaczego nie podpisuję listy, jakie mam poglądy polityczne i na kogo zamierzam głosować w najbliższych wyborach. Większość moich kolegów i koleżanek nie była jednak tak odważna i złożyli podpisy na liście. Nie wiadomo, czy ze względu na poglądy polityczne, czy też by nie narażać się kierownikowi.
O tym, że przed wyborami przełożeni nadużywają władzy, świadczy także przypadek wicedyrektora warszawskich żłobków, który rozesłał do podległych mu placówek prośbę o zbieranie podpisów pod listami poparcia dla kandydatów na senatorów (więcej >W3).
– Obowiązujący od początku roku kodeks wyborczy mówi wyraźnie, że agitacja jest zakazana na terenie jednostek wojskowych, urzędów administracji publicznej i samorządowej oraz w podmiotach im podległych, np. w szkołach i przedszkolach – tłumaczy Beata Tokaj, dyrektor zespołu prawnego i organizacji wyborów w Państwowej Komisji Wyborczej. – W zwykłych zakładach pracy agitacja i zbieranie podpisów poparcia dla konkretnych kandydatów są dozwolone, jeśli nie zakłócają pracy.
Jeśli jednak ktoś wywiera nacisk, by zyskać podpisy na liście, to zgodnie z art. 497 kodeksu wyborczego musi liczyć się z grzywną w wysokości od 1000 do 10 000 zł.