Miniony tydzień dobrze pokazał rozbieżność tych dwóch porządków, z których jeden zasadza się na możliwości negocjowania różnych spraw, ale już efekt tych negocjacji musi się zmieścić w prawnych ryzach, od których nie ma odstępstw.
Tym właśnie jest KPO. Już ponad rok Polska negocjuje z Brukselą jego kształt. Pojawiają się warunki, tzw. kamienie milowe: zastąpienie Izby Dyscyplinarnej organem spełniającym kryteria niezawisłego sądu, przywrócenie do orzekania sędziów przez nią odsuniętych, uchwalenie prawidłowych procedur dyscyplinarnych i zmiana w regulaminie Sejmu, która uczyni procedury legislacyjne bardziej praworządnymi.
Czytaj więcej
Cokolwiek orzeknie TSUE i na cokolwiek zgodzi się rząd, na Placu Krasińskich w Warszawie bez zmia...
Ich treść jest znana stronie polskiej, choć jak słychać, premier miał się nie podzielić szczegółami z całym obozem rządzącym. Zawieramy umowę, w której zobowiązujemy się dotrzymać tych warunków i uchwalamy prezydencką ustawę o Sądzie Najwyższym, która ich nie dotrzymuje – naruszamy więc umowę już na wstępie. Było to przecież wiadome, od kiedy pokazano ją publicznie. Mało tego, w samym uzasadnieniu ustawy zapisano, że jej materia nie dotyczy prawa europejskiego.
Gdy komisarz Věra Jourová oświadcza, że prezydencka ustawa niczego nie załatwia i Polska nie dostanie pieniędzy z KPO, premier oświadcza, że jeśli szczegółowe parametry w ustawie Brukseli nie odpowiadają, możemy jeszcze ponegocjować, ale generalnie o co tyle krzyku? Przecież Europa powinna być jednością w tych jakże trudnych czasach, a my będziemy walczyć o swoje racje.