W literaturze prawnej i praktyce sądowej karierę zrobiły ostatnio czynności prawne i umowy nieistniejące – uważane dotąd za nieważne. W polityce dowiadujemy się co chwila, że jakiś organ lub jego decyzja są „nieistniejące”, chociaż wszyscy widzą, że ten organ jak najbardziej istnieje i chyba ma się dobrze, skoro wydaje kolejne decyzje zwane (przez niektórych) nieistniejącymi. Przy okazji konsumując jak najbardziej istniejące środki budżetowe.
Zdrowy rozsądek musi więc cierpieć, ale jakoś znosi tę schizofrenię, bo stany „nieistniejące” trwale się utrzymują, a nawet mogą mieć tendencje rozwojowe. Czy można więc wyjaśnić, o co w tym chodzi – czym jest „nieistnienie”, a czym „nieważność” dla czynności prawnych? Oraz dlaczego nieważność przestała wystarczać prawnikom, coraz częściej ustępując miejsca „nieistniejącym zdarzeniom prawnym” lub „organom nieistniejącym”?