Pod powierzchnią unijnych dyrektyw, raportowych wskaźników i dekarbonizacyjnych haseł toczy się dziś spór znacznie poważniejszy niż techniczne dyskusje o ESRS. To spór o fundamenty naszej cywilizacji.
Od korekty do aksjologii
W swoim pierwotnym ujęciu zrównoważony rozwój miał być odpowiedzią na ekscesy industrializmu. Miał przypominać, że rozwój bez hamulców potrafi zamienić się w rabunkową eksploatację zasobów, degradację środowiska i przerzucanie kosztów na przyszłe pokolenia. Był więc raczej korektą niż rewolucją. Problem polega na tym, że projekt, który zaczynał jako zestaw narzędzi dla biznesu i administracji, coraz częściej ewoluuje w stronę znacznie szerszej propozycji aksjologicznej.
Pod warstwą taksonomii, standardów raportowania i polityk klimatycznych kryje się bowiem zmiana paradygmatu: przesunięcie punktu ciężkości z człowieka na „holistyczny system życia”. Przez stulecia cywilizacja zachodnia, zbudowana na klasycznej antropologii grecko-chrześcijańskiej, opierała się na aksjomacie, że człowiek zajmuje szczególne miejsce w porządku moralnym. Nie dlatego, że wszystko inne jest bez znaczenia, lecz dlatego, że tylko człowiek jest zdolny do refleksji, wolności, odpowiedzialności i świadomego samoograniczenia. To on był podmiotem prawa, polityki i etyki.
Od antropocentryzmu do biocentryzmu
Dziś ten porządek bywa coraz częściej kwestionowany. W bardziej radykalnych interpretacjach zrównoważonego rozwoju dojrzewa wizja, w której człowiek staje się jedynie jednym z wielu równorzędnych elementów biosfery. Przejście od antropocentryzmu do biocentryzmu nie jest już tylko zabawą akademickich seminariów. Widać je w postulatach nadawania podmiotowości etycznej i prawnej rzekom, lasom czy ekosystemom, w idei „milczących interesariuszy”, a także w coraz śmielszych próbach redefiniowania pojęcia sprawiedliwości i wspólnoty politycznej.
Na pierwszy rzut oka można uznać ten zwrot za szlachetny. Jest w nim przecież słuszna korekta ludzkiej pychy, która przez dekady usprawiedliwiała bezmyślne niszczenie krajobrazu i przyrody. Jednak każda korekta może przerodzić się w odwrócenie proporcji. Jeśli rzeka staje się podmiotem prawa, ktoś musi przemawiać w jej imieniu. Jeśli natura ma być uczestnikiem procesu politycznego, ktoś musi interpretować jej interes. I wtedy szybko okazuje się, że człowiek wcale nie zniknął z centrum sceny. Po prostu pojawiła się nowa grupa ludzi, którzy roszczą sobie prawo do reprezentowania „więcej-niż-ludzkiego świata”. To już nie neutralna etyka troski, lecz bardzo konkretna polityka.
Problem ustrojowy i pokusa arbitralności
A wraz z nią pojawia się problem ustrojowy. Demokracja opiera się na obywatelach, ich reprezentacji i odpowiedzialności za decyzje podejmowane we wspólnocie politycznej. Jeśli jednak do tej wspólnoty zaczynamy metaforycznie włączać byty niereprezentowalne, realna władza przesuwa się od obywateli ku ekspertom, aktywistom i regulatorom, którzy twierdzą, że wiedzą lepiej, czego „chce Ziemia”. W praktyce może to oznaczać nie większą sprawiedliwość, lecz większą arbitralność. A arbitralność, jak to zwykle bywa, lubi ubierać się w szaty moralnej wyższości.
Nowa liturgia nowoczesności
Właśnie tutaj zrównoważony rozwój zaczyna odsłaniać swoje metafizyczne ambicje. Coraz częściej nie jest już tylko projektem gospodarczym czy regulacyjnym, ale jawną propozycją nowego ładu moralnego. Świeckiego, ale normatywnego. Uniwersalistycznego, ale zaskakująco doktrynerskiego. W tej wizji ślad węglowy jest traktowany jak moralny papierek lakmusowy, dekarbonizacja urasta do rangi celu niemal samoistnego, a raportowanie ESG przypomina obowiązkową liturgię nowoczesności. Ironia epoki polega na tym, że współczesna kontrkultura, która z taką pasją demontuje dawne autorytety, sama produkuje nowe katechizmy – tyle że opakowane w postmodernistyczny język.
Nie chodzi mi tu oczywiście o lekceważenie troski o środowisko. Przeciwnie: jest ona wyrazem roztropności i odpowiedzialności. Problem pojawia się dopiero wtedy, gdy zostaje oddzielona od godności człowieka. Kiedy redukcja emisji staje się ważniejsza niż bezpieczeństwo energetyczne, rozwój wspólnot, wolność gospodarcza czy dobrobyt realnych społeczeństw – wchodzimy wówczas na grunt posthumanizmu. A tam bardzo łatwo dojść do wniosku, że człowiek jest już nie gospodarzem świata, lecz przede wszystkim jego problemem.
Paradoks odpowiedzialności
Największy paradoks tej nowej metafizyki dotyczy jednak odpowiedzialności. Jeśli wszystkie byty są etycznie równe, to kto właściwie podejmuje decyzje i ponosi ich skutki? Odpowiedzialność wymaga podmiotu: kogoś, kto potrafi powiedzieć „tak” lub „nie”, przewidzieć konsekwencje i odpowiedzieć za swój wybór. Rzeka, las czy atmosfera nie są zdolne do etycznej refleksji. To człowiek – i tylko on – posiada zdolność do moralnego osądu. Jeśli więc rozmywamy jego wyjątkowy status, a jednocześnie pozostawiamy mu pełnię obowiązków, tworzymy konstrukcję wewnętrznie sprzeczną.
Powrót do humanizmu integralnego
Dlatego zamiast odrzucać antropocentryzm en bloc, lepiej wrócić do humanizmu integralnego. Nie takiego, który usprawiedliwia bezmyślną eksploatację, lecz takiego, który łączy wyjątkowość człowieka z jego obowiązkami wobec świata, wspólnoty i przyszłych pokoleń. Troska o „wspólny dom” ma sens tylko wtedy, gdy nie oznacza rezygnacji z troski o człowieka.
Prawdziwie zrównoważony rozwój nie powinien być nową metafizyką wypierającą człowieka z centrum porządku moralnego. Powinien być projektem roztropnej korekty cywilizacji, a nie jej aksjologicznego samorozbrojenia. W przeciwnym razie istnieje realne ryzyko, że porządek, który miał ocalić Ziemię, po drodze zgubi człowieka. A wtedy świat być może stanie się bardziej zielony, ale z pewnością nie stanie się bardziej ludzki.
autor: Przemysław Kulik ekspert i wykładowca geopolityki zrównoważonego rozwoju