Mohammed Yunus słynie z niespożytej energii. Mimo swoich 73 lat wciąż podróżuje po świecie, prowadzi wykłady i konsultacje. Kiedy rozmawiałem z nim parę tygodni temu (podczas warszawskiego Szczytu Noblistów), był już jednak zmęczony niekończącą się kawalkadą spotkań i wystąpień.
Uprzejmie, choć z trudnym do ukrycia znużeniem odpowiadał na pytania dotyczące jego aktywności i poglądów na walkę z ubóstwem, która ponad cztery dekady temu stała się treścią jego życia. „Bankier biedaków" – jak nazywany jest Yunus na całym świecie – ożywił się dopiero, gdy zahaczyłem o jego oponentów w rodzimym Bangladeszu, którzy coraz wyraźniej go atakują.
– Co oni mogą mi zarzucić? Że nie uszczęśliwiłem wszystkich bez wyjątku? – mówił nieco podniesionym głosem. – Przecież nawet lekarstwo nie leczy wszystkich jednakowo...
Kilka dni po powrocie z Polski profesor Yunus musiał oglądać wymierzone w siebie uliczne demonstracje. Setki inspirowanych zapewne przez władze ludzi podnosiły dobrze znane od kilku lat oskarżenia dotyczące tego, że noblista, zakładając swój słynny bank Grameen, chciał się po prostu wzbogacić. Demonstranci twierdzili, że wspierani przez niego biedacy popadli jakoby w jeszcze większą biedę, a cała sława Yunusa to tylko medialny szum. Jakby tego było mało, jeden z najbardziej znanych duchownych w Bangladeszu, mułła Meczetu Narodowego w Dhakce Malona Moniruzzaman Rabbani, oskarżył go o sprzyjanie gejom, a to w konserwatywnym islamskim społeczeństwie poważny zarzut.
Jak to możliwe, że poważany na całym świecie laureat Nagrody Nobla, jeden z najbardziej wpływowych ekonomistów w Azji, wymieniany wśród wizjonerów zmieniających współczesny świat stał się we własnej ojczyźnie wręcz wrogiem publicznym?