Do końca grudnia 2014 r. spółki, które gromadzą np. imiona, nazwiska i adresy e-mailowe klientów, powinny mieć wyznaczonego administratora bezpieczeństwa informacji (ABI). Od 1 stycznia miały mieć wybór, czy chcą powołać ABI czy nie. Prawo takie miała im dać znowelizowana ustawa o ochronie danych osobowych.
Szkopuł w tym, że przez przepisy przejściowe firmy, które zatrudniały ABI przed 1 stycznia, mają obowiązek robić to dalej nawet przez sześć miesięcy, ale już na nowych zasadach. Te, które go powołają, nie muszą rejestrować wszystkich zbiorów danych u generalnego inspektora ochrony danych osobowych, ale muszą zapewnić ABI środki finansowe oraz niezależność w wykonywaniu przez niego zadań. Jednak co mają dokładnie zrobić, nie wiadomo, bo wciąż brakuje rozporządzeń wykonawczych.
Nie ma też generalnego inspektora danych osobowych (wakat), który pomógłby zinterpretować niejasne przepisy.
Sankcje karne
Większość firm nie dostosowała się do zmienionej rzeczywistości prawnej. Nowelizacja została bowiem ogłoszona 27 listopada, a weszła w życie 1 stycznia. Jej adresaci mieli więc bardzo mało czasu na przygotowanie się do nadchodzących zmian i dostosowanie do nich całej struktury organizacyjnej. Eksperci alarmują, że może to dotyczyć tysięcy przedsiębiorców.
– Zgodnie z nowymi przepisami administrator stał się buforem między GIODO a firmami. Musi zapewnić bezpieczeństwo informacji. W razie np. wycieku danych może ponieść odpowiedzialność. Ale jeżeli firma nie zdążyła zapewnić mu odpowiednich warunków pracy, to odpowiedzialność karna może zawisnąć nad członkami zarządu – wyjaśnia Paweł Litwiński z Instytutu Allerhanda. Zgodnie bowiem z art. 52 ustawy o ochronie danych osobowych za naruszenie obowiązku zabezpieczenia danych, nawet nieumyślne, grozi grzywna, kara ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do roku.