Na ważne stanowiska wiele przedsiębiorstw, banków czy innych instytucji finansowych przeprowadza długi i wieloetapowy proces, aby wyłonić najlepszych do zespołu. Tym bardziej jest on skomplikowany, gdy chodzi o pozyskanie jednej osoby.
O takiej procedurze opowiedział nam niedoszły pracownik. Przeszedł pomyślnie trwającą wiele miesięcy złożoną rekrutację, podczas której wiele testów i sprawdzianów badało jego umiejętności, predyspozycje i kompetencje, bo chodziło o zajęcie ważnego stanowiska w polskiej firmie z zagranicznym udziałowcem. Ostatni jej etap polegał na wypełnieniu internetowego wniosku (na zlecenie firmy organizującej cały proces) i udzieleniu zgody przez kandydata na pozyskanie informacji od obecnego pracodawcy.
Miało to służyć stosowanej w innych krajach praktyce potwierdzania danych uzyskanych podczas naboru w firmie, w której jeszcze kandydat pracuje. Ten odmówił i tym samym unicestwił całą procedurę. Wcześniej zresztą nowy szef i firma rekrutująca domagali się, aby kandydat wypowiedział angaż w dotychczasowym miejscu, i gwarantowali pracę na podstawie listu intencyjnego. Choć nowego zajęcia kandydat nie uzyskał, zastanawia się, czy ich postępowanie było zgodne z prawem.
Więcej niż wolno
Przed wyjaśnieniem tego warto przeanalizować, czy kandydat nie sprzedał o sobie więcej informacji, niż przyszłemu pracodawcy prawo zezwala wiedzieć >patrz ramka. Nie ma tu znaczenia argument, że operuje na całym świecie, wszędzie stosuje te same firmowe standardy i posługuje się ustaloną przez lata procedurą.
Jeśli wskutek tego dochodzi do naruszenia powszechnie obowiązujących przepisów w kraju naboru pracownika, jest to bezprawne. W takiej sytuacji starający się o pracę powinien na to zwrócić uwagę, a nawet zawiadomić inspekcję pracy. Najpewniej zrobi to zawiedziony kandydat.