Ochrona danych osobowych podwładnych to dziś świętość. To jedna z ważniejszych gwarancji ograniczania selekcji dyskryminacyjnej na rynku pracy, który jest i jeszcze długo pozostanie rynkiem pracodawcy.
[srodtytul]Tajemnice pretendenta[/srodtytul]
Szef niewiele może wiedzieć o stanie zdrowia podwładnego, nic o jego wyznaniu, życiu osobistym, planach życiowych, poglądach politycznych, przynależności związkowej czy orientacji seksualnej. Słowem ma prawo przetwarzać tylko enumeratywnie wymienione w art. 22[sup]1[/sup] [link=http://www.rp.pl/aktyprawne/akty/akt.spr;jsessionid=AE89BF528781D2C42167CAF23691862B?id=76037]kodeksu pracy[/link] dane o pracowniku i kandydacie do pracy. Są one podstawowe z uwagi na potrzeby związane z zatrudnieniem.
To, co prawo w słusznym skądinąd celu chroni, poczynania internetowe pracowników nierzadko skutecznie demontują. Równolegle bowiem z rozwojem standardów ochrony danych osobowych i w ogóle sfery prywatności trwa inny proces. Ten coraz skuteczniej niweczy skutki dbałości ustawodawcy o ochronę prywatności podwładnych.
[srodtytul]Komunikacja ponad wszystko[/srodtytul]