Fiat zapłacił 16 mln zł, Renault 11 mln zł, a Hyundai 2 mln zł.
[b]Dziś w Wojewódzkim Sądzie Administracyjnym w Warszawie[/b] ich przedstawiciele dowodzili, że przepis, na podstawie którego wymierzono im takie opłaty, narusza konstytucję i dyrektywę wspólnotową. Złożyli też wniosek o wystąpienie przez sąd do Trybunału Konstytucyjnego z pytaniem prawnym, ewentualnie z pytaniem prejudycjalnym do ETS.
Artykuł 11 ust. 1 [link=http://www.rp.pl/aktyprawne/akty/akt.spr;jsessionid=5353DBA28EDBD0D5B88BE33D8A51F6A4?id=176703]ustawy z 20 stycznia 2005 r. o recyklingu pojazdów wycofanych z eksploatacji[/link] w brzmieniu obowiązującym w 2006 r. zobowiązywał producentów i importerów ponad 1 tys. pojazdów rocznie do utworzenia pełnej sieci punktów zbierania pojazdów lub stacji demontażu. Miała ona umożliwić oddanie pojazdu w odległości nie większej niż 50 km w linii prostej od miejsca zamieszkania lub siedziby właściciela.
Firmom, które się z tego nie wywiązały, główny inspektor ochrony środowiska wymierzył wysokie opłaty, nawet wtedy, kiedy luki w pełnej sieci były niewielkie.
– Ustawa mająca na celu ochronę środowiska uderzyła w firmy motoryzacyjne, które oprócz wydatków na stworzenie sieci zostały obciążone horrendalnymi opłatami za niepokrycie nią całego kraju, przeważnie za promile obszaru Polski, gdzie mieszkańcy mieli ponad 50 km do punktu zbierania. Nigdzie nie ma tak dotkliwych sankcji ani sztywnego limitu 50 km – mówili podczas rozprawy pełnomocnicy firm. Tak rozumiany obowiązek był ich zdaniem niewykonalny ze względów faktycznych (gdy np. promień 50 km wypadał na środku jeziora), prawnych (gdy na utworzenie punktu nie pozwalały przepisy o ochronie przyrody) i ekonomicznych (w rejonach o niskim zaludnieniu i motoryzacji).