Co sprawia, że od co najmniej dekady kinematografie z Dalekiego Wschodu – chińska kontynentalna, ale też tajwańska oraz południowokoreańska, przyciągają coraz większą uwagę publiczności zachodniej, i to już niekoniecznie bywalców festiwali filmowych i art house'ów?
Jedna z odpowiedzi brzmi, że te filmy w jakiś tajemny sposób nawiązują do dawno zarzuconej na Zachodzie tradycji wymarłych już prawie mistrzów kina – takich choćby jak Luis Bunuel, Ingmar Bergman, Michelangelo Antonioni czy Robert Bresson. Ich filmy z założenia miały prowokować widza do myślenia, czasem go szokować, budzić niepokój, wywoływać uczucie dyskomfortu, a wreszcie desakralizować gatunkowe schematy.
Jednocześnie twórcy azjatyccy potrafią znakomicie połączyć wątki europejskiego kina artystycznego z hollywoodzkimi tradycjami widowisk historycznych, filmu noir czy choćby hitchcockowskiego thrillera (najświeższym przykładem może być "Ostrożnie: pożądanie" Anga Lee, który wywołuje skojarzenie z klasyczną "Osławioną") i, co naturalne, nasycić je własnym kulturowym kolorytem albo odwołać się do własnych konwencji.
Tu już nie chodzi o tanią egzotykę, to nie te czasy. Dalekowschodnie kinematografie w gruncie rzeczy stawiają te same elementarne pytania moralne, etyczne i egzystencjalne, jakie stawiało sobie przed wieloma laty ambitne kino zachodnie, zanim ze sztuki zamieniło się w rozrywkę uzależnioną od cenzury politycznej poprawności i notowań wpływów kasowych. Inny jest tylko kostium i sceneria.
Popularność kina azjatyckiego wśród widzów zachodnich wynika również z tego, że jest ono ostatnim bastionem, gdzie ujrzeć można prawdziwe kobiety: piękne, zmysłowe, szykowne, tajemnicze i nierzadko niebezpieczne. Takie, które określa się niemającym odpowiednika w języku polskim słowem "glamorous".