Minusem zabezpieczania się transakcjami forward jest to, że przyszły kurs może okazać się korzystniejszy niż zaakceptowany w umowie z bankiem kurs terminowy. Ceną, jaką przedsiębiorca płaci za bezpieczeństwo finansowe, jest więc rezygnacja z ponadprzeciętnego zysku, jaki można byłoby osiągnąć na różnicach kursowych, gdyby między kwietniem a czerwcem wspólna europejska waluta zyskała na wartości. Oczekiwanie na takie bonusy jest jednak niezgodne z zasadą, że przedsiębiorca powinien się skupiać na swojej podstawowej działalności, a nie szukać dodatkowego zysku dzięki spekulacjom instrumentami finansowymi.
Podobnym produktem do transakcji forward jest transakcja terminowa NDF (ang: non deliverable forward – bez dostawy waluty). Idea obu rozwiązań jest taka sama; chodzi o to, by z wyprzedzeniem ustalić kurs walutowy, jaki zostanie użyty do rozliczenia w przyszłości. W przypadku transakcji NDF, w odróżnieniu od zwykłej transakcji forward, nie dochodzi do rzeczywistej wymiany walut między przedsiębiorcą a bankiem, a tylko do rozliczenia różnic kursowych. Przedsiębiorca otrzymuje od banku albo wpłaca do banku jedynie kwotę wynikającą z różnicy między kursem terminowym i kursem z dnia rozliczenia umowy. Natomiast wymiany walut, które otrzymuje od kontrahenta lub które musi mu zapłacić, dokonuje po kursie rynkowym.
Opcje są bezpieczne, jeśli zostaną prawidłowo użyte
Dużo więcej możliwości daje sięgnięcie po opcje walutowe. Po tzw. aferze opcyjnej, jaka wyniknęła podczas kryzysu finansowego, ten instrument cieszy się niezasłużenie złą sławą. Tymczasem szkody, na jakie naraziły się przedsiębiorstwa sięgające po opcje, wynikały przede wszystkim z niewłaściwego sposobu ich używania. Prawidłowo zastosowane strategie opcyjne nie zwiększają, ale zmniejszają ryzyko kursowe, na jakie narażony jest przedsiębiorca.
Opcje to szeroka kategoria, mieszcząca bardzo zróżnicowane produkty. Sięgając po najprostsze z nich, eksporter może sobie zagwarantować, że jeśli cena waluty spadnie poniżej ustalonej wartości granicznej, będzie miał prawo sprzedać bankowi walutę właśnie po tej cenie. Analogicznym produktem mogą się posłużyć importerzy. Jeżeli waluta umocni się, a jej cena przełamie uzgodniony wcześniej próg, daje to im prawo zakupu waluty po cenie zapisanej w umowie. Co ważne, jest to tylko możliwość, a nie obowiązek. Jeżeli przyszły kurs okaże się korzystniejszy niż kurs przewidziany w umowie opcyjnej, przedsiębiorca nie musi korzystać z prawa do wymiany waluty, które sobie zagwarantował. Może wtedy zrezygnować z wykonania opcji, a walutę sprzedać na rynku, po korzystniejszym kursie.
Sięgając po taki prosty instrument firma gwarantuje sobie, że kurs, po jakim kupi lub sprzeda walutę, będzie nie gorszy niż ustalony z góry. Za taki komfort musi jednak zapłacić. Przedsiębiorca ponosi koszty ustanowienia takiego zabezpieczenia (koszty nabycia opcji) – i to niezależnie od tego, czy ostatecznie zdecyduje się skorzystać z opcji.
Koszty można ograniczyć, byle nie za cenę ryzyka
Za pomocą opcji można też realizować znacznie ciekawsze strategie, na przykład takie, przy których przedsiębiorca nie ponosi kosztów związanych z zabezpieczeniem ryzyka walutowego. Sięgając po dwie przeciwstawne opcje przedsiębiorca (zarówno eksporter, jak i importer) może sobie zagwarantować rozliczenie kontraktu po kursie mieszczącym się w znanym z góry, ograniczonym przedziale. Ma wtedy prawo do wymiany walut po kursie nie gorszym niż znany z góry, wynikający z kupionej opcji, ale też obowiązek jej wymiany po kursie wynikającym z wystawionej opcji, jeśli wystąpi o to bank. Dodatkowo, ponieważ kupuje jedną opcję, a wystawia drugą, nie ponosi kosztów związanych z ustanowieniem tego zabezpieczenia.