Miał on pomóc usunąć wątpliwości o pojęciu dnia wolnego, a tymczasem tak się nie stało.
Nie do końca jasna regulacja kodeksowa dnia wolnego spowodowała tak daleko idące rozbieżności praktyczne, że próżno szukać płaszczyzn kompromisu dla bardzo zróżnicowanych stanowisk. Szczególnego znaczenia spór ten nabrał przy pracy wielozmianowej na stanowiskach, które muszą być obsługiwane przez 24 godziny na dobę i przez 7 dni w tygodniu (np. w firmach energetycznych).
Ilu mędrców, tyle interpretacji
Wedle jednego, dość rozpowszechnionego poglądu, dzień wolny od pracy wprawdzie nie musi pokrywać się z dniem kalendarzowym, ale powinien obejmować 24 godziny, poczynając od „zamknięcia" doby pracowniczej. W praktyce oznaczało to np., że gdy pracownik pracuje na pierwszej zmianie od 6 do 14 w poniedziałek, najwcześniej dzień wolny dla niego może zacząć się o 6 we wtorek.
Konsekwencją takiej interpretacji pojęcia dnia wolnego od pracy była konieczność obniżenia pracownikom zmianowym wymiaru czasu pracy w okresie rozliczeniowym (w stosunku do określonego w art. 130 k.p.), a tym samym obniżenia obowiązującej ich przeciętnej normy tygodniowej (art. 129 § 1 k.p.).