Od ponad roku przedsiębiorcy startujący w przetargach nie składają już protestów na ręce zamawiających. Jeśli chcą zakwestionować jakąś decyzję zamawiającego, od razu wnoszą odwołanie do Krajowej Izby Odwoławczej.
Nie oznacza to jednak, że sprawa musi trafić na wokandę. Ustawodawca pozostawił pewną furtkę: jeśli zamawiający uwzględni wszystkie zarzuty, to postępowanie odwoławcze jest umarzane. Organizator przetargu sam z siebie poprawia wówczas błędy, do których sam się przyznał, uwzględniając zarzuty. W minionym roku 10 proc. odwołań umorzono z tego powodu.
Wystarczy, że ostanie się jeden zarzut
Statystyka nie odnotowuje natomiast, przy ilu odwołaniach zamawiający uwzględnili tylko część zarzutów. Sprawa jest bowiem wówczas normalnie rozstrzygana przez KIO. I tu pojawia się problem.
– Nierzadko zamawiający uwzględnia większość zarzutów, ale nie może jednego czy dwóch, które są niezgodne z prawem – mówi Hanna Niedziela, prezes Centrum Obsługi Zamówień Publicznych. – Skład orzekający bada wówczas wszystkie zarzuty. I uznaje za słuszne te, z którymi wcześniej zgodził się sam zamawiający. W efekcie uwzględnia odwołanie, a kosztami postępowania obciąża zamawiającego – dodaje.
Chodzi o niebagatelne kwoty. W zależności od rodzaju zamówienia i tego, kto organizuje przetarg, wynoszą od kilkunastu tysięcy do nawet kilkudziesięciu tysięcy złotych. Są to pieniądze Skarbu Państwa lub budżetów gmin. Urzędy płacą, chociaż wcześniej same zgodziły się z zarzutami. Gdyby rozpoznawano tylko te nieuwzględnione, wygrałyby sprawy.