Dwa estońskie gospodarstwa rolne ogłosiły się „Estońską Socjalistyczną Republiką Radziecką”. – Nie chcemy dłużej być w burżuazyjnej Estonii, gdzie nikogo nie interesują prości ludzie i gdzie o wszystkim decyduje NATO – mówił założyciel „ESRR” Andres Tamm. Zamierza prosić o pomoc Rosję.
Ta informacja, podana przez rosyjskie media, brzmi humorystycznie, ale 28 proc. mieszkańców Estonii to ludność rosyjskojęzyczna, która może zechcieć odłączyć się od tego kraju. Na sąsiedniej Łotwie ludność rosyjskojęzyczna stanowi prawie 40 proc. i również tu Moskwa może wykorzystać jej niezadowolenie. Większość nie ma obywatelstwa Łotwy, między innymi dlatego, że warunkiem jego uzyskania jest znajomość języka.
W najtrudniejszej sytuacji może znaleźć się Ukraina mająca spory odsetek Rosjan (17 proc.) i jeszcze większy Ukraińców posługujących się na co dzień językiem rosyjskim. Kolejny potencjalny punkt zapalny to Krym. W 1954 r. sekretarz generalny KPZR Nikita Chruszczow zrobił Ukrainie prezent: podarował jej ten zamieszkany w większości przez Rosjan półwysep, dotąd część republiki rosyjskiej.
Niektórzy rosyjscy politycy, na przykład mer Moskwy Jurij Łużkow, już agitują za odłączeniem Krymu od Ukrainy. Stacjonująca w Sewastopolu rosyjska Flota Czarnomorska to też bardzo istotny powód napięć w dwustronnych stosunkach. A główne ugrupowania polityczne półwyspu, w tym Partia Regionów, są zdecydowanie prorosyjskie.
Kolejny potencjalny punkt zapalny na mapie Europy to Naddniestrze (ok. 60 proc. jego mieszkańców to ludność rosyjskojęzyczna) przez świat uznawane za część Mołdawii. Samozwańcza republika trzy dni temu obchodziła osiemnastolecie. – Szczerze jesteśmy wdzięczni Wielkiej Rosji, rosyjskim siłom pokojowym wypełniającym ciężką, ale zaszczytną misję obrony pokoju na ziemi – mówił prezydent Igor Smirnow. Wojna w Gruzji, a potem uznanie Osetii Południowej i Abchazji przez Rosję dały mu nowe nadzieje.