Zdecydowana większość krajowych anonsów ogranicza się do lakonicznego przekazu: oferujemy „atrakcyjne wynagrodzenie”, „bardzo atrakcyjne wynagrodzenie” czy „bardzo wysokie wynagrodzenie”.
Niektórzy próbują konkretyzować, ale na ogół w taki sposób, że nic z tego dla kandydatów nie wynika. No bo jakie wnioski może wyciągnąć chętny do pracy z informacji „wynagrodzenie w wysokości 900 złotych na rękę + bardzo wysoka premia uznaniowa”?
To tylko niewielka, ale myślę, że reprezentatywna próbka treści ogłoszeń o pracy, których tysiące znajdziemy każdego dnia w prasie, Internecie, na przystankach komunikacji miejskiej, w witrynach sklepowych itd. Inaczej niż w większości krajów należących do UE, nie wyłączając naszych południowych sąsiadów – Czechów, w których przeważająca liczba anonsów podaje konkretną kwotę (a przynajmniej tzw. widełki płacowe).
My natomiast posługujemy się „atrakcyjnym wynagrodzeniem”, którego nikt nie rozumie. Kandydaci składają podania, chodzą na rozmowy kwalifikacyjne i czasami po wielu tygodniach kontaktów i spotkań dowiadują się, że oferowane im wynagrodzenie jest atrakcyjne, owszem, ale wyłącznie dla pracodawcy.
Wielu szefów wychodzi z założenia, że zbyt wczesne ujawnienie kandydatowi warunków płacowych jedynie pogarsza sytuację negocjacyjną w rozmowach i w efekcie może powodować „przepłacenie” pracownika, którego można było „kupić” taniej. Taka postawa opłaca się, gdy poszukuje się chętnych na niektóre stanowiska, np. niemające swoich odpowiedników lub podobnych posad w strukturze firmy (np. menedżerów wysokiego szczebla).