Dzisiaj nic nie stoi na przeszkodzie, aby spółki powiązane ze sobą kapitałowo składały osobne oferty w tym samym przetargu. Rodzi to podejrzenia o czystość gry. – Trudno uwierzyć, że spółka córka w 100 proc. zależna od spółki matki rywalizuje z nią na normalnych, rynkowych zasadach. Pojawia się ryzyko, że mamy do czynienia z próbą wpłynięcia na wynik postępowania – mówi Jacek Sadowy, prezes Urzędu Zamówień Publicznych.
Tego typu podejrzenia są częste, bo sytuacje, w których powiązane firmy „rywalizują” o to samo zamówienie, nie należą do rzadkości. A zamawiający, nawet gdy podejrzewa zmowę przetargową, niewiele może zrobić. Jedyną szansą jest wykazanie czynu nieuczciwej konkurencji. Tyle że zamawiający musiałby mieć dowody, a ze względu na współpracę firm, jest o nie szalenie trudno. Jeżeli już, to sprawa wypływa dopiero po kilku latach od zakończeniu przetargu, prawie nigdy w jego trakcie.
Teraz ma to się zmienić. Tak przynajmniej wynika z założeń do projektu nowelizacji prawa zamówień publicznych. Jeśli firmy pozostające między sobą w stosunku zależności lub dominacji złożą odrębne oferty w przetargu, zostaną z niego wykluczone.
– Zgadzam się, że powiązania między firmami mogą rodzić podejrzenia. Czasami jednak nic nie stoi na przeszkodzie, aby przy niektórych zleceniach współpracowały ze sobą, a przy innych rywalizowały na rynkowych zasadach. Wyobraźmy sobie dwie kancelarie, które wspólnie składają ofertę na dużą obsługę prawną, a starając się o mniejsze zlecenia, działają osobno – przekonuje Włodzimierz Dzierżanowski, prezes Grupy Doradczej Sienna.
Firmy będą się mogły bronić przed wykluczeniem, składając wyjaśnienia, w których dowiodą, że nie ma zmowy przetargowej. – Obawiam się jednak, że trudno będzie znaleźć argumenty, które przekonają urzędników. Już samo istnienie powiązań będzie dla nich oznaczało zmowę – uważa Dzierżanowski.