Tak jak z naszego życia niepostrzeżenie zniknęły telegramy, tak z zakładów pracy, choć mniej niezauważalnie, znikają tradycyjne listy obecności, na których pracownik potwierdza własnoręcznym podpisem stawienie się w firmie. Coraz częściej ustępują miejsca przydzielanym etatowcom kartom elektronicznym, które zbliżają do specjalnych czytników przy wejściu i wyjściu. Na szczęście w tym przypadku prawo pracy nie stoi na przeszkodzie takim zmianom. Nie zawiera bowiem wymogu, aby potwierdzanie obecności w pracy miało formę pisemną (art. 104
1
§ 1 pkt 9 k.p.).
Kosztowny gadżet
Jest to oczywiście wygodne, oszczędza pracę i papier, ?a ponadto może stanowić wiarygodne źródło danych do prowadzenia ewidencji czasu pracy. Nie powinno jednak jej zastępować.
Decydując się na elektroniczny sposób potwierdzania obecności, należy pamiętać ?o pewnej podstawowej zasadzie z tym związanej, aby nie paść ofiarą własnej nadgorliwości czy dążenia do uproszczeń. Przede wszystkim taki system mierzy czas obecności w firmie, a nie czas pracy. Ten ostatni jest na ogół pojęciem węższym i obejmuje tylko tę część okresu obecności ?w firmie, w której podwładny pozostaje w rzeczywistej dyspozycji pracodawcy i jest gotowy do wykonywania pracy (art. 128 ?§ 1 k.p.). Warto ?o tym pamiętać, uwzględniając nieprzyjemne ?i kosztowne doświadczenie jednej z firm. Wprowadzając elektroniczny sposób potwierdzania obecności w zakładzie, zapisała w regulaminie pracy, że system informatyczny rejestrujący wejścia ?i wyjścia pracowników mierzy czas pracy, co stało się ?w efekcie źródłem licznych kłopotów.