W wypadku zamówień z wolnej ręki trudno mówić o konkurencji, bo urzędnik uznaniowo decyduje, do kogo trafią publiczne pieniądze. Dlatego też jest to tryb przewidziany na nadzwyczajne sytuacje.
Tymczasem w Polsce nadużywano go. Jeszcze w 2009 r. co czwartego zlecenia udzielano w ten sposób. – Znałem zamawiających, którzy uważali ten tryb za podstawowy w udzielaniu zamówień publicznych – mówi Przemysław Szustakiewicz z Katedry Prawa Administracyjnego WSHiP im. Łazarskiego.
Wygląda na to, że ten zły trend został przełamany. W 2010 r. nieco ponad 17 proc. zamówień udzielono z wolnej ręki, podczas gdy rok wcześniej było to prawie 26 proc. Wyraźnie częściej zamawiający organizują za to przetargi nieograniczone.
– To efekt, z jednej strony, uproszczenia procedur otwartych, z drugiej zaś – zaostrzenia warunków stosowania trybów niekonkurencyjnych. Mówiąc wprost, jest [b]łatwiej niż kiedyś przeprowadzić przetarg, a trudniej udzielić zamówienia z wolnej ręki.[/b] Zamawiający muszą też liczyć się z tym, że tryby niekonkurencyjne są dużo częściej kontrolowane – tłumaczy zmianę trendów Jacek Sadowy, prezes Urzędu Zamówień Publicznych.
– Urzędnicy są też lepiej przygotowani do udzielania zamówień. Duży wpływ na to ma edukacja. Wystarczy spojrzeć, jak wiele uczelni wprowadziło przedmiot „Zamówienia publiczne” – dodaje Szustakiewicz.