Tuż przed wejściem w życie [link=http://www.rp.pl/aktyprawne/akty/akt.spr;jsessionid=8CE04202926853D5050F5BAC9E74C7AC?id=181671]ustawy z 7 kwietnia 2006 r. o informowaniu pracowników i przeprowadzaniu z nimi konsultacji (DzU nr 79, poz. 550 ze zm., dalej ustawa)[/link] można było wyłączyć jej stosowanie. Polegało to na tym, że strony – pracodawca i przedstawiciele pracowników (najczęściej związki zawodowe) – zawierały, na podstawie art. 24 ustawy, porozumienie dotyczące informowania załogi i przeprowadzania z nią konsultacji. Miało ono jednak zapewniać warunki informowania i przeprowadzania konsultacji co najmniej równe tym w ustawie oraz uwzględniające interes pracodawcy i pracowników.
Drugi wymóg dotyczył poinformowania ministra pracy o przyjętym porozumieniu w ciągu 30 dni od wejścia w życie ustawy. W praktyce chodziło o usankcjonowanie różnych form przepływu danych w zakładach. Według resortu pracy w październiku 2006 r. takie porozumienia podpisało 4 tys. pracodawców.
[srodtytul]Spóźniony płacz[/srodtytul]
Szefowie, którzy przystali na takie rozwiązanie, mogą teraz żałować. Rozumują tak: skoro zgodnie z nowelizacją ustawy w wyniku orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego tylko do końca swojej kadencji mogą działać rady wybrane z desygnacji związków zawodowych, to prawdopodobieństwo, że takie ciała powstaną po tym czasie w demokratyczny sposób jest niewielkie. Dlatego że pracownicy często obawiają się udziału w tej formie przedstawicielstwa lub nie widzą potrzeby albo zasadności jego tworzenia.
Tymczasem niektórzy pracodawcy zdecydowali się wybrać inną formę informowania załogi i zakres tych wiadomości ma odpowiadać wymogom ustawowym. Gdyby wówczas mieli nawet związkową radę pracowników, to być może za kilka miesięcy, kiedy upłynie kadencja tego związkowego gremium i nie powstanie nowe, odpadną im uciążliwe obowiązki.