Aby spór dotyczący przetargu mógł zostać rozstrzygnięty przez arbitrów, przedsiębiorcy muszą wysłać odwołanie do prezesa Urzędu Zamówień Publicznych. Od ponad roku kopia tego odwołania musi też trafić do zamawiającego.
I tu zaczyna się kłopot. O ile odwołanie wystarczy nadać na czas na poczcie, o tyle jego kopia musi być w terminie dostarczona do zamawiającego. W wypadku odwołania decyduje bowiem data stempla, a nie to, kiedy pismo rzeczywiście dotrze do adresata. W wypadku kopii zaś liczy się moment, w którym trafi ona do zamawiającego.
Niestety wielu przedsiębiorców nie zdaje sobie z tego sprawy. Nadając odwołanie na poczcie, po prostu wysyłają jednocześnie drugie pismo z kopią dla zamawiającego. Tymczasem arbitrzy odrzucają takie odwołania z powodu przekroczenia terminu. W ten sposób przedsiębiorca traci możliwość dochodzenia swoich racji. Arbitrzy nie badają bowiem jego zarzutów, odrzucają odwołanie na posiedzeniu, w ogóle nie otwierając rozprawy.
Na dodatek przedsiębiorcy ponoszą jeszcze niepotrzebne koszty. - Przeciętnie w razie odrzucenia odwołania wynoszą one od 4 tys. zł do 5,5 tys. zł - mówi Przemysław Szelerski, dyrektor Departamentu Odwołań UZP.
Kłopoty te wynikają z brzmienia art. 184 ust. 2 prawa zamówień publicznych. Nakazuje on "jednoczesne przekazanie" kopii odwołania zamawiającemu. "Przekazać" oznacza, że treść musi dotrzeć do adresata, a "jednocześnie" - w tym samym czasie. Wynika z tego, że w dniu nadania odwołania na poczcie przedsiębiorca musi dostarczyć jego kopię.