Po śmierci wspólnika spółki osobowej co do zasady spadkobiercy nie wchodzą do spółki, ale wspólnicy muszą ich spłacić, czyli wypłacić ekwiwalent. Potrzebują na to pieniędzy, i to zazwyczaj sporych. Powstaje wtedy kwestia, skąd je wziąć? Można zaciągnąć kredyt albo sprzedać część majątku spółki, można też rozwiązać spółkę. Jednak zawczasu warto pomyśleć o tym, żeby każdy ze wspólników zawarł umowę ubezpieczenia na życie.
Rozmowy o sukcesji na wypadek śmierci nie są sprawą łatwą. Dużo prościej jest myśleć o bieżących problemach spółki. Tymczasem odpowiednie zarządzanie wymaga także uwzględnienia tego, że nikt nie jest wieczny, a po śmierci któregoś ze wspólników pozostali wpadną w tarapaty.
Zasadnicze znaczenie mają właściwie sporządzone testamenty, poprzedzone analizą i ewentualną korektą struktury majątku małżeńskiego każdego ze wspólników. Trzeba również policzyć koszty sukcesji oraz zabezpieczyć źródła ich finansowania w postaci odpowiednio dobranych produktów finansowych. Oprócz kwestii finansowych istotne są założenia planu sukcesji od strony gospodarczej oraz zarządczej. Trzeba rozstrzygnąć kwestię, kogo widzimy w spółce jako następcę zmarłego wspólnika oraz jak będą się z nim układały przyszłe relacje biznesowe. No i przede wszystkim to, czy w ogóle wśród naszych spadkobierców są osoby, które chcą i potrafią przejąć biznes, a jeśli nie, to kto wejdzie na nasze miejsce.
Od strony prawnej problem rozwiązuje zapis w umowie między wspólnikami, ustalający pierwszeństwo nabycia udziałów w przypadku śmierci wspólnika. Sam zapis jednak nie wystarczy do rozwiązania problemu od strony finansowej. Potrzebne będą pieniądze.
Przykład