Na razie ministerstwo myśli jednak o uaktualnieniu klasyfikacji PKWiU i zastąpieniu dla celów VAT tej z 1997 r. tą z 2008 r.
To nie jest właściwe podejście. Skoro klasyfikacja CN sprawdziła się już w polskich warunkach w akcyzie, to po co stosować rozwiązanie pośrednie. Generalnie jednak rzecz ujmując, w ostatnich latach – przy okazji podnoszenia do rangi ustawowej wielu przepisów zawartych wcześniej w rozporządzeniach – wiele zmieniło się w tej kwestii na korzyść. Wciąż jednak znaczącym problemem pozostają np. rozliczenia VAT od importu. Po wejściu do Unii, gdy zniknęły granice celne, pobierany jest na granicy zewnętrznej Unii. Może się wydawać, że nie ma większego znaczenia, czy odprawa następuje w Polsce, w Niemczech czy na Słowacji. Tymczasem gdy towar przekracza granice Unii, naliczane jest cło, z którego 20 proc. idzie do budżetu kraju, w którym odprawa została dokonana. Tak więc dla naszego budżetu bardzo ważne jest, gdzie towar zostanie odprawiony: w Szczecinie czy obok w Rostoku. Jeszcze do niedawna każdy importer musiał zapłacić w urzędzie celnym VAT, a dopiero potem mógł go odliczyć w rozliczeniu podatkowym w kraju. Wiele firm wpadło na pomysł, aby np. w Hamburgu odprawiać import z Chin. Ograniczono w Medyce odprawy chemikaliów sprowadzanych z Ukrainy czy Rosji, a rozszerzono na Węgrzech czy na Słowacji. Wszystko dlatego, że przy dokonywaniu odpraw w Rostoku czy na Słowacji przedsiębiorcy nie musieli płacić w urzędzie celnym VAT. Uiszczali go dopiero od sprzedaży towaru dokonanej w kraju. A ponieważ budżet ponosił z tego tytułu ewidentne straty, także w Polsce wprowadzono zasadę, że firma nie musi płacić VAT na granicy, jeśli towar importowany jest w procedurze uproszczonej. Problem jednak nie zniknął, bo aby z tej możliwości skorzystać, przedsiębiorcy muszą nie tylko wylegitymować się w urzędzie celnym zaświadczeniami o braku zaległości podatkowych i względem ZUS, ale także wnieść zabezpieczenie.
Urzędy przyjmują zwykle gwarancje bankowe, a bank udziela ich dopiero wtedy, gdy pieniądze trafią na jego konto, i pobiera przy tym wysokie prowizje. Tymczasem zgodnie z unijną dyrektywą nr 112 i zasadą obowiązującą w innych państwach Wspólnoty wystarczy, by na granicy importer pokazał swój numer VAT-UE i numer identyfikacyjny odbiorcy. W Polsce niby są przepisy, które mają ułatwić rozliczenie VAT od importu w deklaracji podatkowej, ale taki drobiazg jak pobieranie zabezpieczenia sprawia, że nie działają, a przedsiębiorcy jak omijali polskie urzędy celne z odprawą towarów, tak omijają. Ekonomiści powinni policzyć, ile przez tych pięć lat członkostwa w Unii Polska straciła przez to, że 20 proc. wpływów z cła, które powinno trafić do naszego budżetu, zasiliło budżety Niemiec, Węgier czy Słowacji.
Restrykcyjne podejście ministerstwa do podatków to standard.
Tak, mamy z tym problem, podobnie zresztą jak z widzeniem we wszystkich podatnikach potencjalnych oszustów. A przecież każdy chce się rozliczyć i mieć święty spokój, by spać spokojnie w nocy, a nie myśleć, kiedy przyjdzie inspektor kontroli skarbowej i zacznie grzebać w jego rozliczeniach. Niestety, podejrzliwość nie ustaje, czego najlepszym przykładem jest nasza procedura dotycząca sprowadzania towarów spoza Unii.
Ta nasza polska filozofia widoczna jest od 1 maja 2004 r. Już wtedy mówiło się, że Ministerstwo Finansów, dostosowując krajowe przepisy do prawa wspólnotowego, było o wiele bardziej restrykcyjne, niż wymagały tego dyrektywy…