szukających pracy. W rzeczywistości firma nie potrzebuje żadnego pracownika i próbuje ominąć przepisy. Miejsce, które oferuje, jest przygotowane dla konkretnej osoby z zagranicy. Wysyłając ogłoszenie do urzędu pracy, spełnia tylko wymagania, jakie nakładają na nią przepisy.
– Zgodnie z ustawą o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy firma, która chce dostać od wojewody pozwolenie na zatrudnienie obcokrajowca spoza Unii Europejskiej, musi najpierw skierować ofertę do urzędu pracy – mówi Zofia Kołakowska z warszawskiej kancelarii. Starosta powinien potwierdzić, że żaden z polskich bezrobotnych nie sprosta stawianym wymaganiom. Zatrudnienie cudzoziemca jest także możliwe, gdy podczas rekrutacji zorganizowanej w zainteresowanej firmie nie uda się wybrać odpowiedniego kandydata.
Na wydanie takiej opinii starosta ma 14 dni. Zwykle w tym czasie kandydaci, którzy zgłoszą się do firmy, bardzo szybko odpadają już na wstępie rozmowy kwalifikacyjnej. Jeden z byłych pracowników warszawskiego oddziału polsko-ukraińskiej firmy zdradził “Rz”, jakie praktyki stosował jego pracodawca. Zatrudniał ukraińskich ekonomistów, informatyków, handlowców, a także Polaków, którzy najczęściej w ogóle nie znali języka ukraińskiego. Kiedy firma chciała ściągnąć kolejnego Ukraińca, udowadniała każdemu polskiemu kandydatowi, że nie zna on dobrze języka ukraińskiego. Kiedyś zgłosił się magister ukrainistyki, ale nie poradził sobie, bo rozmówca zaczął używać jakiegoś dialektu.
– Przeprowadzając takie pozorne i oszukane rekrutacje, firma nie łamie prawa, lecz obchodzi je taktycznie. Oferty dla wykwalifikowanych pracowników umysłowych zdarzają się niezbyt często, ale w takich wypadkach jesteśmy zmuszeni wydawać pozytywną opinię. Korporacja zawsze udowodni nam, że kandydaci, których zaproponowaliśmy, nie znali biegle języka obcego – przyznaje Urszula Murzuska z Powiatowego Urzędu Pracy w Warszawie.