Te terminy zaczynają biec od dnia następnego po dniu zawiadomienia pracownika o zwolnieniu. I to niezależnie od tego, czy szef rozwiązał umowę w sposób prawidłowy, czy naruszył przepisy.
[ramka][b]Przykład 1 [/b]
18 marca 2009 r. pracodawca poinformował pana Tomasza, że wypowiada mu umowę o pracę. Ten nie odwołał się do sądu pracy, uznając, że dokonane przez szefa wypowiedzenie jest nieważne, bo nie zostało mu wręczone na piśmie, a poza tym nie zawierało przyczyny zwolnienia. Pan Tomasz jest w błędzie. Wprawdzie wypowiedzenie naruszało przepisy, ale było skuteczne i doprowadziło do ustania stosunku pracy. Aby temu zapobiec, pan Tomasz powinien był złożyć w sądzie pracy odwołanie w terminie siedmiu dni od dnia następującego po tym, w którym dowiedział się o utracie pracy. Termin upłynął zatem 25 marca 2009 r. [/ramka]
[srodtytul]Trochę formalności[/srodtytul]
Zasadniczo po upływie tych terminów roszczenia pracownika wygasają, a on sam traci możliwość domagania się przed sądem przywrócenia do pracy czy zasądzenia odszkodowania. W konsekwencji wytoczenie spóźnionego powództwa będzie skutkowało jego oddaleniem. Zwolniony nie jest jednak w takiej sytuacji zupełnie bezradny.
Pracownik może wystąpić z wnioskiem o przywrócenie terminu na złożenie odwołania. Może to uczynić w dowolnej formie, a więc zarówno na piśmie, jak i ustnie, do protokołu. Z uwagi na słuszny interes podwładnego i wyjątkowo krótkie terminy na składanie odwołań do sądu pracy przyjmuje się, że już samo wniesienie przez pracownika pozwu po ich upływie należy traktować jako zawierające wniosek o przywrócenie terminu [b](uchwała Sądu Najwyższego z 14 marca 1986 r., III PZP 8/86). [/b]