Z ponad 110 mln zł zaległości wykrytych w tym roku przez inspektorów udało się już odzyskać prawie 80 mln zł. W czasie kontroli okazuje się, że pracodawca bardzo szybko znajduje pieniądze na wypłaty. Działający na Śląsku producent aut osobowych ponad 30 mln zł zaległych odpraw dla zwolnionych 860 pracowników wypłacił jeszcze przed zakończeniem kontroli PIP.
Podobnie jest w sądach pracy, przez które przechodzi właśnie fala pozwów o zaległe wynagrodzenia. W zeszłym roku było ich aż 22 tys. (o połowę więcej niż rok wcześniej). Dane Ministerstwa Sprawiedliwości wskazują jednak, że w pierwszych miesiącach tego roku liczba pozwów nieznacznie zmalała.
– Na taki pozew decydują się osoby w bardzo trudnej sytuacji finansowej – mówi Andrzej Czyżowski, warszawski adwokat z kancelarii CGS, były sędzia sądu pracy. – Obawiają się, słusznie lub nie, że przy najbliższych zwolnieniach ich nazwisko może znaleźć się na liście wyznaczonych do rozstania – wyjaśnia.
Niepłaceniu wynagrodzeń w terminie sprzyjają łagodne dla przedsiębiorców przepisy. Mandaty nakładane przez inspekcję zwykle nie przekraczają 2 tys. zł, nawet gdy zaległości idą w miliony złotych i dotyczą setek pracowników.
Znikome sankcje
W razie odwołania zatrudnionego do sądu ten przyznaje zaległe wynagrodzenie z odsetkami, ale nie karze dodatkowo przedsiębiorcy. Jedyna realna sankcja to grzywna lub więzienie za naruszanie praw pracowników z art. 218 kodeksu karnego. Jest on jednak tak ogólnie sformułowany, że do skazania nieuczciwego przedsiębiorcy dochodzi w jednym na dziesięć przypadków. Naruszenie praw pracowników musi być bowiem złośliwe lub uporczywe. A to trudno udowodnić przed sądem.
– Trzeba zmienić przepisy, tak by rozróżniały, kiedy niepłacenie wynagrodzeń w terminie wynika rzeczywiście ze złej kondycji finansowej pracodawcy, a kiedy za oszczędzone w ten sposób pieniądze nieuczciwy pracodawca kupuje sobie mercedesa – dodaje Witold Polkowski.